SANATORIUM DLA MAŁYCH DZIECI - PILNE !!!!!
Mój synek Adaś ma wrodzoną wadę serca. Szukam sanatorium, do którego mogłabym
z nim pojechać. Mały skończy w listopadzie roczek. Czy ktoś z forumowiczów
nie wie przypadkiem gdzie znajduje się w Polsce sanatorium / usdrowisko dla
dzieci( małych , do lat tzrech) z chorobami krążenia i wadami serca ?

· 

Witaj!
Rozumiem szok, jesli zachoruje osoba silna , ktora nigdy wczesniej nie
chorowała...
Operacje pomostów aortalno-wieńcowych jak kazda operacja kardiochirurgiczna są
poważnym zabiegiem , z reguły robione sa w krążeniu pozaustrojowych ,
wszczepiane są pomosty żylne ( z żył kończyn dolnych) lub tetnicze ( z tętnicy
piersiowej zewnetrznej).
Sam zabieg trwa ok. 5 godzin ( calościowo).Co do ryzyka , jest dość złożone -
zależne od wieku pacjenta, od stanu naczyń wieńcowych , od chorób
towarzyszących, od ilości planowanych pomostów , od stanu samego serca ( np. od
frakcji wyrzutowej w badaniu echokardiograficznym).
W miejscu gdzie pracuje wykonuje sie dziennie 8-10 operacji planowych
wszczepienia pomostów , po ok. 1 dobie na IT chory wraca na " normalny"
Oddział , a 7-10 dni wyjeżdża do sanatorium...
Zapomina o bolu ( niestety przeciety mostek) i docenia " nowe życie " po ok. 3-
6 m-cach , większość wraca do pracy zawodowej.
Operujemy z dobrym efektem także starszych , nasz " rekordzista" miał 83 lata...
Jeśli masz jakieś konkretne pytanka , napisz ( możesz na priv -
connie1@gazeta.pl)
Pozdrawiam
Conka

jeśli chodzi o kaszel to rzeczywiście trudno wyczuć kiedy się zaczyna. My
najpierw mówimy, że się zaksztusił itp. itd. Jeżeli śpi i pokaszluje to dla
mnie jest już kaszel. Jeśli chodzi o singulair to pojawiał się sam suchy
kaszel, bez infekcji, na początku sporadyczny potem coraz częstszy.
A jeśli chodzi o strach to u mnie trwał ten stan ok roku. Przez ten czas każde
kaszlnięcie wywoływało u mnie pot, falę gorąca i łomotanie serca. Kiedy
obudziłam się w nocy zakładałam, że napewno kaszle i to mnie obudziło, po czym
nie mogłam zasnąc bo czekałam kiedy zakaszle. Obłęd.
Dużo pomogła mi obecnośc lekarza do którego miałam zaufanie bo zawsze trafiał z
diagnozą i zawsze udało się duszność w porę zatrzymać. Po drugie ja przestałam
się bać tej choroby wiedząc że wiem jak reagować samemu i przynosi to skutki.
Po trzecie byłam z małym w sanatorium i poznałam tam setkę matek z takimi
dziećmi jak moje. Chyba się wtedy odblokowałam psychicznie.
Zresztą jego stan zdrowia w porównaniu sprze dwóch lat jest TYSIĄC razy lepszy.
Astma nam już prawie w ogóle nie dokucza, jedynie przy infekcji pojawia się
ciężki oddech - ale znika po inhalacji. To już nie są te stany co kiedyś
(encorton itp). Wg lekarza już prawie wyrósł z tego (a ma niecałe 3 latka)
Pozdrawiam. Głowa do góry!!!!!

Jakze raduje sie me serce widzac ze nasz szanowny (nie bojmy sie uzyc
tego slowa WIELCE szanowny) Pan docent jest nadal aktywny! Patrzac na
dosc dluga nieobecnosc Pana na forum obawialem sie ze jest Pan juz w
tej fazie choroby ktora wymaga silnej terapii i odizolowania od
spoleczenstwa, jednak cieszy mnie fakt ze wciaz zaszczyca nas Pan
swoja obecnoscia. Zastanawiam sie tylko czemu oddelegowali Pana do
sanatorium az na Podhale skoro podobne placowki znalezc mozna np. w
Tworkach pod Warszawa.

Lacze wyrazy szacunku

· 

orzeczenie o niepełnosprawności
Do zastanawiania sie nad ta sprawą zainspirowały mnie informacje z wątku o
sanatorium.
Z jednej strony pewne świadczenia naszym dzieciom poprostu się należą (ich
wymiar i tak zazwyczaj jest niewspółmierny do kosztów), ale zaczęłam się
zastanawiać na ile takie orzeczenie może mieć wpływ na inne aspekty życia
naszych dzieci. Czy nie spowoduje ograniczeń, również niechęci ze strony
przedszkoli, szkół? Mam świadomośś, że dzieci z wadami serca wymagaja
wiekszego wyczulenia na pewne sytuacje, ale chciałbym maksymalnie uniknąć
dominacji choroby w życiu synka. Juz sama konieczność okresowych kontroli,
zabiegów powoduje, że ich zycie jest troche inne. Dodatkowo ponieważ Kuba ma
brata bliźniaka chciałabym uniknąć wymuszonego rozdzielania chłopców, bo np.
któregoś z nich nie przyjmą do przedszkola/szkoły czy jakiś wyjazd
organizowany.
Nie mam jednak do konca wiedzy co za takim orzeczeniem idzie: zasiłek
pielegnacyjny, dodatek rehabilitacyjny, refundacje sanatorium to są te znane
mi świadczenia pieniężne, ale co jeszcze?
Co Wy o tym myślicie? Występujecie o takie orzeczenia dla swoich
dzieciaczków? Czy jeśli pominąć ten wymiar czysto finansowy to wg Was warto?
Podzielcie sie prosze Waszymi przemyśleniami.

Co niektórzy mówią, że ja mam ciągle urlop - jestem na wychowawczym i "siedzę"
z chłopakami w domu, ale z niecierpliwością czekam na wyjazd z Adasiem do
sanatorium. Gosiu, pozdrawiam i nie mogę się już doczekać spotkania.

Co do zdjęć z wakacji, to może można by było zrobić jakąś podstronkę na stronie
Funduszu i aby każdy chętny mógł tam umieścić zdjęcia z wakacji swoich dzieci,
tak, aby inni rodzice widzieli, że nie tylko zdrowe dzieci potrafią się dobrze
bawić, ale że również dzieci z wadami serca i chorobami serca świetnie sobie
radzą i zupełnie niczym nie różnią się od swoich rówieśników.

Są 3 sposoby na załatwienie sanatorium. Albo przez NFZ, albo mając dziecko z
orzeczeniem o niepełnośprawności przez Centrum Pomocy Rodzinie albo jedzie się
do sanatorium zupełnie prywatnie i za wszystko płacisz. Ja w sumie samo
sanatorium załatwiałam sobie sama, tzn. w ogóle znalazłam takie sanatorium dla
dzieci z wadami i chorobami serca( w Polsce sa dwa - w Rabce i w Polanicy
Zdrój), dowiedziałam się czy można tam pojechać z półtorarocznym dzieckiem,
zarezerwowałam sobie termin w Leśnym Ludku i zaczęłam starać się o
dofinansowanie z Centrum Pomocy Rodzinie, które znajduje się przy
orzecznictwie. Złożyłam wniosek i po miesiącu przyznano mi takie
dofinansowanie. Za Adasia nie będę płacić nic,a za siebie będę musiała trochę
dopłacić, ale nie będzie to już tak dużo jakbym miała jechać zupełnie
prywatnie. Oprócz tego w Centrum wyrobiłam Adasiowi legitymację, która uprawnia
opiekuna do znizki 78% na przejazdy komunikacją ( ale tylko wtedy gdy jedzie
się właśnie do sanatorium, na badania, do szkoły, przedszkola itp.).
Jakbyś miała jakieś jeszcze pytania to pisz lub dzwoń ( tel. 0-888-289-322).

Wiesz, cos w tym pewnie jest. Ale jednoczesnie - stryj jest bardzo uroczym
typem hippie, wiecznego trampa, zdobywcy Dzikiego Zachodu, ktory zawsze ochoczo
ruszal na spotkanie kazdej przygody. Dziewczyny to bralo ;-))). Ale do
malzenstwa to ten typ nadaje sie raczej slabo, i raczej na pierwszy rzut oka
wiadomo, ze nie ma co na jego stalosc (i nie mowie tu tylko o stalosci w sensie
monogamii, tylko generalnie o stosunku do zycia) liczyc ;-))).

Ogolnie, nie moge sie oprzec poswiatecznej refleksji, ze kto sieje wiatr, ten
zbiera burze ;-(((.

I jeszcze jedna refleksja, sluchac, matki licznej dziatwy ;-))): nie przeoczcie
Waszych "najporzadniejszych" dzieci.
One, dlatego, ze sobie dobrze radza, maja mniej Waszej uwagi niz te niesformne,
a tesknia za nia tak samo...
Moj Tata jest najstarszy z trojki rodzenstwa. Astmatyczne dziecinstwo spedzil w
szpitalach i sanatoriach, skad chwile potem wyjechal do innego miasta na
studia. Mimo ciezkiej choroby (a moze wlasnie dzieki niej) zawsze byl
odpowiedzialny i samodzielny, co przez kolejne dziesieciolecia pozwalalo jego
rodzinie obarczac go wszelkimi problemami siostry i brata (a pozniej takze
ciezko chorego ojca i zdrowej nad podziw wprawdzie, acz juz wiekowej matki), od
studenckich, przez malzenskie, sluzbowe i finansowe. Pogadalismy sobie od serca
w te Swieta i wiecie co - jego bardzo boli to, ze wszyscy uwazali to za
oczywistosc, ze nikt nigdy nie zauwazyl, jak wielkim wysilkiem to jest okupione
i tego nie docenil...

Trzymajcie sie ;-))).

Lekarze jak widać to oszuści i szarlatani!!!!!!!!!
Vioxx przepisują, produkują i sprzedają szarlatani. Podobnie z setkami leków
chemicznych których skutki uboczne wychodza bokiem. Przychodnie i szpitale są
pełne takich szarlatanów, pracuje w sanatorium i aż nazbyt często słysze o
szkodliwym dla pacjanta leczeniu szpitalnym (równiez leczeniu operacyjnym).
Medycyna jest w powijakach i tylko w mediach słyszy się o jej wielkim postępie,
tymczasem to wielki podstęp. Leki są stale wycofywane po przetestowaniu na
ludziach ale na ich miejsce mafie farmaceutyczne serwują inne. To błędne koło
doprowadza do mnóstwa nowych chorób i nasilenia dotychczasowych. Nowotwory,
alergie, liczne choroby serca, ukł. oddechowego... Brak słów, teraz nie ma
człowieka nieleczącego sie w ogóle.

agawamala napisała:

> Nie do końca masz rację. Problemy z zajściem w ciążę maja ludzie niekoniecznie
> ze swojej "winy" ( późny wiek, niezdrowy tryb życia itp). Powody bywaja rózne.
> Idąc dalej tym tokiem rozumowania NFZ powinien przestać refundować m.in.
> - choroby nowotworowe u palaczy
> - choroby serca i układu krążenia u osób z nieprawidłowym lipidogramem czy
> otyłych
> - urazy np. na nartach gdy niewłaściwie oceni się swoje możliwości
> - narkomanię i lekomanię oraz choroby im towarzyszące

Świetny pomysł.
Wkursza mnie, kiedy moja teściowa (wzrost i waga 150) jeździ do sanatorium, tam
przepisują jej dietę, a ona ją zarzuca natychmiast po powrocie do domu. A
roztyła się "odchudzaniem" typu głodówka cały dzień, a wieczorem pączki.

> Czy mam dalej wyliczać?
> I jako matka dwojga dzieci ( poczętych w sposób naturalny) oświadczam, że nie
> wszyscy psychicznie nadają się do adoptowania dziecka. Ja bym nie była wstanie.

Nie wszyscy muszą mieć dzieci. Oxygen jasno chyba napisała: to się nazywa
selekcja naturalna. Przykre, ale prawdziwe.

Ile lat ma twoja matka? I od jak dawna trwa jej taki stan? Zachowuje się jak
osoba w ciężkiej depresji wywołanej ciężką nerwicą. Napewno by przydało się dla
niej wizyta u psychologa a także wyjazd do jakiegoś sanatorium dla osób cięzko
nerwowych. Porozmawiaj z poradnią rodzinną, oni znają sie na takich przypadkach.
Jedynie tam otrzymasz pomoc.

Nie bierz mocno do serca tego co teraz robi twoja matka. Bo robi to pod wpływem
choroby nerwowej. Powinna zacząć od lekarstw. Jest ich cała masa.

Pozdrawiam cię i trzymam kciuki za pogodne wyjaśnienie konfliktu.

Sama -jak się okazało dopiero kilka lat temu - cierpię od lat młodzieńczyk na to cholerstwo - niestety nieleczone,w połączeniu z uprawianym przeze mnie sportem wyczynowym dało rezultaty - dziury na kręgach, jestem po trzech operacjach kolan czeka mnie niebawem czwarta.
Prócz stawów choroba zaatakowała też ścięgna.
Powiem krótko. Ból czasami jest bardzo duży, serie rehabilitacyjne łącznie z sanatoriami pomagają..........na 2, 3 m-ce gdy o bólu się nie myśli bo boli mniej.
Okresy nasilenia się objawów to wiosna i jesień. Zimą i latem jest względnie spokojnie.
Praktycznie z niewielkimi przerwami non stop jestem na lekach przeciwzapalnych, środkach przeciwbólowych (w okresach newralgicznych non stop zastrzyki).
I jako doświadczony paralityk powiem, że DA SIĘ Z TYM ŻYĆ! a do bólu już się przyzwyczaiłam , teraz w związku właśnie z nadchodzącą wielkimi krokami wiosną pojawiło się zapalenie bioder, barku prawego, nadgarstka prawego, kolana lewego oraz większej części kręgosłupa, do tego już czuję ścięgna ręki prawej, ścięgno Achillesa nogi lewej , ale się lekarzowi nie przyznaję nawet bo by mnie zagipsował (ręka do łokcia i noga ze stopą do biodra), a na to sobie pozwolić nie mogę bo praktycznie sama wychowuję 2-letnie Bliźniaki

Dodam jeszcze, że jedyne co mnie trzyma jeszcze w pionie i zapobiega totalnemu pogięciu to SPORT - oczywiście bez nadwyrężania ale systematycznie i przez cały rok.
Teraz z bólem serca chyba przyjdzie mi pożegnać się z nartami......ale niebawem zaczynam śmigać (i ćwiczyć przy okazji technikę narciarską) na rolkach oraz uczęszczać na basen.

RPO - nie broni kiboli a wskazuje na luki
w uchwalonym prawie - warto się nad tym zastanowić zanim po jakimś czasie
będziemy płacić odszkodowania rozbójnikom boiskowym bo się okaże że ich twarzy
nie można było upublicznić

a luk takich jak wybór między rehabilitacją wzroku lub słuchu jest mnóstwo, od
choćby kwestionowanie skierowań lekarza specjalisty przez szpital rehabilitacyjny,

a największym absurdem jest przyjmowanie na leczenie sanatoryjne /płatne przez
NFZ/ lub w szpitalach rehabilitacyjnych osób palących /schorzenia związane z
płucami i sercem/ lub kobiet leczących chory kręgosłup a chodzących w butach na
wysokich obcasach - rehabilitujemy chorych którzy w czasie leczenia i tuż po nim
sami sobie szkodzą /nie zrezygnowali z nałogu lub złych przyzwyczajeń pomimo
choroby/

NIE UWIERZE tej bajkopisarce...
Ta bajeczka jest chyba tez produkcji "nnike".

Facet byl leczony 10 lat na serce, a mial WYPADNIECIE DYSKU !!!
No i zauwazono to oczywiscie przypadkowo...

"Facet lat 50 po 2 operacjach na kregosłup lędźwiowy / dyski / 18 i 8 lat
temu. Od kilku lat odczuwa silne bóle w klatce piersiowej , ściskanie ,
duszności - słowem co jakiś czas przeżywa zawał. Badania ekg, potem w centrum
chorób serca w Zabrzu niczego nieprawidłowego nie wykazują. MRI kręgosłupa
też niby w porządku. Mimo to facet od kilku lat jest leczony silnymi lekami
kardiologicznymi , miał udrażniane tętnice. Diagnoza skurcz trętnicy/ żyły
nie znam się/, który daje takie objawy. Facet co jakiś czas umiera / takie
objawy/ , leki, leki itd.
Spotykam go w tym roku w sanatorium na kręgosłup. Słyszę jego historię o
tetnicach itd. Po paru dniach stan zawałowy się powtarza i wtedy przypadkowo
interweniuje wspaniała dyrektor ośrodka , pani dr rehabilitacji,
reumatologii, chorób wewnętrznych, balneologii / tyle specjalności/.
I co się okazuje!!!!!!
Facet ma wysunięty / wypadnięty?/ dysk piersiowy, który uciskajac dawał
takie objawy. Prze tyle lat żaden lekarz się na tym nie poznał . W badaniu
MRI podczas leżenia ten dysk / kręgosłup/ się inaczej układał i wszystko
wygladało ok. Po prostu był leczony przez niewłaściwych lekarzy jak się
wyrażono.
Dla mnie ta historia jest szokująca. Ktoś jest leczony przez prawie 10 lat na
serce a okazuje się, że to dysk kregosłupa. Cieszyć się czy płakać?"

A co powiecie na ten przypadek?
Facet lat 50 po 2 operacjach na kregosłup lędźwiowy / dyski / 18 i 8 lat
temu. Od kilku lat odczuwa silne bóle w klatce piersiowej , ściskanie ,
duszności - słowem co jakiś czas przeżywa zawał. Badania ekg, potem w centrum
chorób serca w Zabrzu niczego nieprawidłowego nie wykazują. MRI kręgosłupa
też niby w porządku. Mimo to facet od kilku lat jest leczony silnymi lekami
kardiologicznymi , miał udrażniane tętnice. Diagnoza skurcz trętnicy/ żyły
nie znam się/, który daje takie objawy. Facet co jakiś czas umiera / takie
objawy/ , leki, leki itd.
Spotykam go w tym roku w sanatorium na kręgosłup. Słyszę jego historię o
tetnicach itd. Po paru dniach stan zawałowy się powtarza i wtedy przypadkowo
interweniuje wspaniała dyrektor ośrodka , pani dr rehabilitacji,
reumatologii, chorób wewnętrznych, balneologii / tyle specjalności/.
I co się okazuje!!!!!!
Facet ma wysunięty / wypadnięty?/ dysk piersiowy, który uciskajac dawał
takie objawy. Prze tyle lat żaden lekarz się na tym nie poznał . W badaniu
MRI podczas leżenia ten dysk / kręgosłup/ się inaczej układał i wszystko
wygladało ok. Po prostu był leczony przez niewłaściwych lekarzy jak się
wyrażono.
Dla mnie ta historia jest szokująca. Ktoś jest leczony przez prawie 10 lat na
serce a okazuje się, że to dysk kregosłupa. Cieszyć się czy płakać?

u mojego syna ADHD rozpoznano w 7r.życia ,leczony neurologicznie . W 10r. życia
skierowano syna do sanatorium w Zaborze ,pobyt trwał2miesiące,mimo że
odwiedzałam go często,pobyt w tym ośrodku dla niego był piekłem,chciałam syna
na własne żądanie wypisać ,ale powiedziano mi , że będę musiała pokryć koszty
pobytu syna,gdyż miejsce mogło być dla innego dziecka.Zaznaczam ,iż było to
w1991r.Obecnie do AdHd dołączył się zespół natręctw czyli zaburzenia obsesyjno-
kompulsywne.Ja również nie znalazłam dla syna odpowiedniej terapi.Przez cały
okres trwania choroby jest leczony farmakologicznie.Możesz poszukać w
internecie ADHD oraz przeczytaj Syndrom tourette'a ,są opisane terapie . Z
całego serca życzę Ci aby się powiodło.

Oboje moi rodzice sa na diecie dr Kwasniewskiego.Zawdzieczaja mu zdrowie.Tata
mial zaawansowana chorobe wiencowa,byl po zawale,mama straszne problemy z
ukladem moczowym,chora watrobe.Na diecie sa 4 lata.Tata nie ma praktycznie
sladow po wiencowce,w badaniu nie wiem jak sie nazywa,takie co pokazuje tetnice
serca nie stwierdza sie powaznych zmian,pozostaly drobne resztki,wrocila im
ochota do zycia,mama juz danwo zapomniala o swoich dolegliwosciach.Kilka razy
byli w sanatorium Arkadii,dzis sa zdrowi i szczesliwi,diete kontynuuja.To co dr
Kwasniewski stworzyl to prawdziwy cud,nalezy mu sie uznanie,a przynajmniej nie
wolno go potepiac,bo nie kazdy musi wierzyc.

Witaj Celinko!co mogę ci napisać na pocieszenie chyba tylko moją historię walki
a może raczej życia z reumatoidalnym zapaleniem stawów!Nazywam się Agnieszka mam
28 lat i na rzs choruję od drugiego roku życia,czyli jak łatwo policzyć 26
lat!Dzieciństwo było koszmarem ciągłe szpitale ,sanatoria i rehabilitacja a co
najgorsze rozłąka z rodzicami!Do dzisiaj pamiętam mój pół roczny pobyt w
instytucie reumatologi w Warszawie,gdzie mama przyjeżdżała do mnie tylko raz na
3 tygodnie!W całym moim życiu miałam tylko a może ktoś powie że aż trzy remisje!
Mimo to dzisiaj patrzę na życie z wielkim optymizmem ,może wyda ci się to dziwne
ale ja tej chorobie wiele zawdzięczam!To właśnie dzięki niej jestem takim
człowiekiem jakim jestem,otwartym na ludzkie cierpienie i niepowodzenia!Pomimo
choroby założyłam rodzinę ,mam fantastycznego synka i cudownego męża,który też
czasem tak do końca mnie nie rozumie ,ale nie wymagam od zdrowego człowieka aby
zrozumiał moje położenie!Wystarcza mi że jest ze mną wtedy kiedy go
potrzebuję!Po za tym ja staram się żyć normalnie,nie lubię współczucia ,przez
życie chcę przejść ze świadomością że nikomu nie byłam ciężarem!Pewnie ,że
czasem mam okresy załamki i wtedy jestem zła na cały świat ,że to właśnie mnie
dopadła ta okropna choroba.Ale w takich momentach zawsze robię sobie bilans
mojego życia i jego wynik zawsze napawa mnie wielkim optymizmem!Wiem że czeka
mnie jeszcze długa droga ,ale gdzieś w sercu czuję że kiedyś będzie dobrze!(po
prostu musi być)Dlatego życzę ci Celinko abyś i ty zobaczyła w swoim życiu
promyk nadziei i uwierzyła ,że będzie jeszcze dobrze!pozdrawiam cię Aga

ayelet bardzo Ci dziękuje za słowa wsparcia i pomoc;)
Jesli będe potrzebowała na pewno się odezwę do Ciebie

Póki co bylismy z chłpocami w IMiD w Warszawie nie było problemu z
rejstracją,wizyta była baaardzo długa od godziny 9:40 prawie do 16!!
tyle czasu tam spedzilismy,ale bardzo profesjonalnie i rzeczowo.
Kolejna wizyta w W-wie pod koniec wrzesnia,a za kilka dni(w poniedzialek)
Jedziemy do Rabki,chłopcy będą mieli jakies szczególowe badania,których nie da
sie wykonac w ciągu 1 dnia ,więc będziemy musieli spędzic tam kilka dni...
Bylismy w Rabce przedwczoraj sie umówic,oj ale sie napatrzyłam na te
dzieciaczki mukolinki...
Jest tam odział (cały budynek 2 pietra) perzeznaczony dla dzieci z cf.
Mają tam cos w rodzaju sanatorium (to szpital,ale tak bynajmniej
wyglądało),chodzą w ciuchach,mogą wychodzic na dwór pograc w piłke,popływac w
basenie...
Jezdzą tam na antybiotykoterapie dożylne,których niestety w domowych warunkach
sie nie wykonuje,a przy mukowiscydozie są nie zbędne.
Najstarszy chłopczyk na oko 4 latka...
tak mi szkoda tych dzieciaczków,większosc takie drobniutkie chudzinki...
Tak więc stanęlo na tym ,ze chłopców będziemy leczyc w W-wie i Rabce (tu mamy
połowę drogi blizej)
w sumie dwa najlepsze osrodki leczenia muko w Polsce.

Mam nadzieje,ze będzie dobrze..
pozbierałam sie troche,wzięlam w garsc i muszę walczyc o zdrowie chłopców!!!
oby nigdy nie brakło mi siły,bo jednak życie jest teraz inne
budzę sie i nie wiem co przyniesie kolejny dzien...
wczesniej bałam sie tak bardzo o jednego synka,teraz boje sie o dwóch..
Do pracy wrócic nie mam szans,chłopcy do przedszkola nie mogą isc w żadnym
wypadku,bo organizm zbyt mało odporny,zabiegi,rehabilitacja,inhalacje zajmują
troche czasu,starszy sie sie buntuje,zaczyna coraz czesciej zadawac pytania,ze
przy odpowiedziach klucha staje mi w gardle...
pyta,kiedy będzie zdrowy,bo przeciez tyle juz tabletek połknąl
(łyka ok 9 na dzien)
i czy jego najlepszy kolega tez musi tak oddychac długo?(inhalowac sie)
a,czy Maksiu (jego kolega)tez tyle leków bierze?
staram sie jednak mówic prawdę,tak jak jest...tylko w dziecięcy sposób.
Jednak serce sciska mnie,gdy mu tłumacze,ze urodzil sie chory ;(
On w czerwcu 3 lata skonczyl i jest taki bystry,ze nie raz mnie zadziwia.

Zobaczymy jak to wszystko dalej będzie sie toczyło...
Strach o ich przyszłosc towarzyszyc mi będzie zawsze teraz z sentymentem
wspominam czasy,kiedy żyłam w błogiej nieswiadomosci,ze mam tak powaznie chore
dzieci...
choc ciesze sie,ze w porę chorobe wykryto i wiemy jak postępowac.

Pozdrawiam serdecznie A. z synkami

interpretacja
No więc ja nie wiem kto pierwszy Herbertowi gebe przyprawił, nie jestem
historykiem literatury, ale wiem że to było poręczne, miłe sercu, krzepiące a w
duszyczce narodu naszego kompleksów zawsze cała masa, więc sie utarło.
Podobnie jak sie utarło - tak sadze - uznawanie Z.H. za mędrka/mędrca panoczka
kogito. Ze sam sie wyżywał jako obywatel to jego prywatna jakby sprawa. Jeżeli
bawimy sie w kogos więcej niz epistemologicznie naiwnych czytelników, to
powinnismy umiec i te okolicznosć wziac w nawias.

O. Pewnie! Nie jestem obiektywny, bo zadeklarowałem ze spośród dębu litewskiego
bliższy mi cyprys, ale:
- czytali państwo uważnie "epilog burzy", słabo zauważony, źle obecny, ostatni
tom Herberta z którymi nie wiadomo co zrobić? No tam sie dzieja rzcezy
niezwykłe, oto mędrek zaczyna mówić przez "ja"! Mówi o cierpieniu, umieraniu,
dochodzeniu, chorobie która daleka jest od gęby wyniosłego neoklasyka. Ale tak
naprawdę czy ta poza w tekstach Herberta była taka silna jak sie to próbuje
wmawiac. Zajrzyjcie do pierwotnego bardzo przeciez tekstu "Dojrzałość" - czy to
jest facet który buduje sobie sanatorium z marmurów?

Ja to widze jak egzsytencjalne roztrzepotanie (a miszczu taki chyba był
augustiańsko rozdarty) zdławienie miedzy tym co powinno być, tym co narzuca sie
jako antidotum, a tym co ludzkie, porywcze i nie daje sie podporządkować.

W tym sensie widzę Z.H. jako mistrza wewnetrznej walki, zmagania się, w tym
sensie jest bliski, bo czuje za tymi wszystkimi gładkimi figurami retorycznymi
szalone napięcie, dygot, niepewnosć.

Miłosz pewne dygoty ma poza sobą. Nie mam żalu do niego o to, nie jojczę.
Stwierdzam fakty - od "Traktatu MOrlanego" zdaje się p r a w i ć wiersze.
Jest to kwestia tonu.

OI może tyle, bo mnie ponosi w nieznane krainy mojej mowy.

Pozdrawiam szanownych dyskutantów.

Ponieważ byłam na wychowawczym , gdy urodziłam Adasia, to na nim po prostu
zostałam. Mieliśmy taką stuację, że mogliśmy sobie na to pozwolić. W tej chwili
starszy synek chodzi do przedszkola, mi zabrali zasiłki i został mi tylko
zasiłek pielęgnacyjny 144 zł, który nie jest zależny od odchodu. Zanim go
jednak będziesz mogła dostawać, musisz mieć orzeczenie o niepełnosprawności.
Jeżeli nie wiesz gdzie taki dokument otrzymać , to najlepiej zadzwonić do zus-
u, odpowiedniego do miejsca twojego zamieszkania i tam w dziale zasiłków
powinni ci udzielić informacji. Ja załatwiałam to w swoim miasteczku w
Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie, przy którym mieści się orzecznictwo o
niepełnosprawności, tam tez załatwiałam legitymację osoby niepełnosprawnej dla
mojego synka i dofinansowanie do wyjazdu do sanatorium.
Prawdo podobnie od września wracam do pracy, a Adaś pójdzie do przedszkola. Nie
stać nas na opiekunkę dla dwójki dzieci i to na ok. 10 godzin dziennie, bo i
mąż i ja jak wrócę do pracy, pracujemy w handlu.Dlatego wrócę pewnie na pół lub
3/4 etatu, żeby chociaż było na przedszkole i inne wydatki dla dzieci.

We wszystkim traktujemy Adasia i Filipka tak samo. Tak samo martwią nas ich
choroby. Jednak z powodu tego, że Adaś ma wadę serca nie robimy jakiejś różnicy
miedzy braćmi. Oczywiście zwracamy na niego baczniejszą uwagę, ale nie tak, aby
jakoś to szczególnie odczuwał. Szaleje i bije się z baratem. Łazi po
drabinkach, wchodzi na najwyższe szczebelki, jeżdzi na rowerze, chodzi na
basen, łapie różne infekcje .... Zupełnie jak zdrowe dziecko ... Nikt jak go
widzi nie wierzy, że ma wadę serca, po za tym po wielu dzieciach z wadami serca
tego nie widać. Ostatnio organizowałam bal karnawałowy dla dzieci z wadami
serca. Było ich na nim ok. 18 -tki. Pan który był wodzirejem z wielkim
niedowierzaniem poiwedział mi " Ale przecież one biegają, bawią się i zupełnie
nie widać po nich, że są chore ".
Szok, przerażenie, niepokój o dziecko po pewnym czasie mija, już z uzpełnie
innym nastawienim idzie się na kolejne kontrole, wie się więcej o wadzie,
wadach swojego dziecka, wiemy na co zwracać uwagę, co powinno nas niepokoić, a
co nie,poznajemy innych rodziców, którzy mają dzieci z wadami serca - to
wszystko pomaga nam normalnie żyć i niepotrzenie dodatkowo nie robić z naszego
dziecka osoby niepełnosprawnej.

Pozdrawiam, Anfido - mama Filipka 11.02.02 i Adasia 15.11.03-wada serduszka -
zwężnie i niedomykalność zastawki aortalnej -
www.sercedziecka.org.pl/06-1-15-adas.htm

witam! mam 25 lat i bylam chora albo raczej jestem chora na
sferocytoze(jest to wada krwi i po usunieciu sledzionej za krew
odpowiada watroba). chorobe stwierdzono w pierwszej dobie mojego
zycia,gdzie rowniez juz mialam przetaczana krew. do wieku ok.6 lat
nie mialma robionych badan-niedbalosc ze strony moich rodzicow (moja
mama miala rowniez ta chorobe)z wynikami HB ok 4% trafilam z
krytycznym stanem do szpitala na prztoczenie krwi od tamptej pory
bylam pod opieka specjalistow-hematologow z akademii medycznej w
gdansku. z uplywem lat choroba sie rozwijala,po ukonczeniu 7 lat-
mozna bylo usunac sledzione ale nie w moim przypadku. stwierdzono u
mnie powazna wade serca i od niego tak naprawde zalezalo czy
wytrzyma zabieg,z roku na rok bylo coraz gorzej. doszly schozenia
stawow-stwierdzono reumatyczne zapalenie stawow
(kostki,kolana,nadgarstki) trafilam do sanatorium reumatologicznego
na dwa miesiace gdzie pogorszyl sie moj stan i potrzebna byla
natychmiastowa transfuzja krwi. po uplywie ok dwoch lat od tego
momentu( przetaczaniu krwi co 3 miesiace) zdecydowano sie na zabieg
ale niestety kiedy wyniki krwi byly odpowiednie nie pozwalal na to
stan serca,podano mi wiele szczepionek miedzy innymi na
pluca,zoltaczke i pneumokoki. kiedy mialam 12 lat stan byl
krytyczny,obrzek sledzionej maksymalny,serce z ogromna
wada,przetaczano mi krew w krytycznym punkcie choroby co tydzien i
wowczas zdecydowano na usuniecie sledzionej, w rezultacie usunieto
mi ja ale na stole operacyjnym przezylam smierc kliniczna. dzisiaj
jak widac zyje ale urodzilam 8 miesiecy temu corke i dzisiaj
przeprowadzamy szczegolowe badania krwi w irlandii gdzie
podejrzewaja sferocytoze,wrocily nie mile wspomnienia i obawa,lek o
los mojej corki....zrobie wszystko by nie cierpiala jak ja i oddam
wszystko by usunieto jej sledzione zanim jej stan nie bedzie jej na
to pozwalal,bo to jest krok to wyleczenia

Wstań i walcz- ja pokonałem chorobę
Dzień dobry,
1. Borelie można powstrzymać , myślę że mi się udało.
Jak?
krótkie info:
listopad 2007, grypa ,grudzień zapalenie stawów wielomiejscowe,lekkie
zaburzenia mowy, szpital reumatologia, po 2 tyg diagnoza borelia.
Leczenie:
w szpitalu- lasery rehabilitacja fizykoterapia- leczenie tylko stawów
dom:
styczeń ,luty, marzec 4x 100 doxy.
Jednocześnie i to jest NAJWAŻNIEJSZE, dużo witaminy B i magnezu i oraz
preparaty DROŻDŻOWE dostępne w aptekach i do tego ketonal tabletki
przeciwbólowe i przeciwzapalne, 2 x1
osłona żołądka ortanol 1 dziennie.
Wnioski i obserwacje:
Witamina B i magnez plus drożdże osłoniły skutecznie układ nerwowy.
Czuje się obecnie o jakieś 90 procent lepiej.
Zniknęły koszmarne bóle stawów i normalnie funkcjonuje, to jest chodzę do
pracy itp.
Leczenie stawów:
Żeby wygrać z borelią trzeba jednocześnie bronić układu nerwowego, pisałem o
tym powyżej oraz leczyć objawy zapalenia stawów.
Doskonałe i proste sposoby , które mi pomogły:
plastry rozgrzewające , maście rozgrzewające diclofenac i ketanol
i bardzo prosty sposób kąpiele w solach , które można kupić za 7 zł w każdym
supermarkecie,
Zrobiłem sobie mini-sanatorium w domu
Teraz jest kwiecień, zmniejszyłem dawki doxy 2x100 rano i 1 x100 wieczorem
plus witaminy.ortanol osłona nadal

Listopad , grudzień były trudnymi miesiącami -kłopoty z chodzeniem i właściwie
wykluczenie społeczne z powodu dolegliwości.
Teraz jest znacznie lepiej , właściwie już prawie normalnie.

Motywacja i wiedza.
Na podstawie ostatnich 6 miesięcy stwierdzam że powstrzymanie i pokonanie
borelii jest możliwe.
Bardzo ważna jest mocna ,wewnętrzna motywacja,wytrwałość, szukanie informacji,
koncentrowanie się na każdym najmniejszym nawet sukcesie.
Oczywiście, że to forum pomaga, z tym że nie należy zanurzać się w smutku.
Wszystkim , którzy walczą życzę siły i wierzę,że pokonacie chorobę, bo to jest
możliwe. mi się udało.
Oczywiście nie jestem lekarzem i nie mogę Wam mówić jak się
leczyć,jednocześnie mam nadzieje, że to co napisałem Wam pomoże.
W górę serca!!!
wstań, walcz i wygraj
pozdrawiam
silesianfighter

Nasz człowiek w firmie PRL #3
popełniła samobójstwo.
Zbigniew - maturzysta. Samodzielny i zbuntowany. W wersji rodziny przypadkowo
się postrzelił. Zmarł sparaliżowany. Współpracownicy Ziętka domyślali się
samobójstwa z powodu nieszczęśliwej miłości. W Katowicach jednak opowiada się
jeszcze inną wersję. Po awanturze z ojcem miał próbować uciec za granicę.
Postrzelili go czechosłowaccy pogranicznicy.
Kutz: - Stary był złym ojcem. Nie dość, że go w domu nie było, to jeszcze
odmówił dzieciom prawa do własnej biografii. Bał się, że jak zacznie odpowiadać
na ich pytania, to wylęgną się wszystkie jego strachy, lęki, kompleksy. A on
musiał być silny.
Złapał byka
Stracił stanowisko w wyniku intryg I sekretarza KW PZPR Zdzisława Grudnia.
Józef Tejchma, minister kultury i sztuki, zanotował w dzienniku 11 czerwca 1975
r.: "Ziętek to legenda. Jest jednak starcem. Skomentował zmiany, że aby go
zdjąć ze stanowiska wojewody, trzeba było rozpieprzyć całą Polskę, czyli znieść
dotychczasowe województwa i powiaty".
Została mu tylko funkcja członka Rady Państwa. 13 grudnia 1981 r. nie przybył
jednak na posiedzenie, podczas którego decydowano o dekrecie o stanie wojennym.
Nie podpisał go ani nie zaakceptował (uczynili to czterej inni członkowie Rady,
którzy nie mogli przyjechać do Warszawy). Był już bardzo chory.
Woźniczka: - Wie pani, dla mnie Ziętek to tragiczna postać. Pamiętam, jak
odbierał honoris causa Uniwersytetu Śląskiego. Byłem wtedy studentem, był 1977
r. Stary, wymęczony alkoholem, chorobami, stresem człowiek. Z jednej strony
wiem, że uległ komunistom, ale z drugiej - dzięki niemu mamy tyle trafionych
inwestycji. Chorzowski park, sanatoria, ronda. Czy to wszystko byłoby, gdyby
jego nie było? Najłatwiej było rąbnąć tym wszystkim. Udać się na wewnętrzną
albo prawdziwą emigrację. Albo umrzeć. A Ziętek, ten zdroworozsądkowy chłop,
złapał byka za rogi i się z nim próbował.
Umierał kilka lat. Najpierw dopadła go cukrzyca, potem kłopoty ze słuchem i
sercem. Po śmierci żony stracił pamięć. Ciągle szukał Trudy, zapowiadał, że na
niego czeka albo właśnie się do niej wybiera. Umarł w 1985 r., miał 84 lata.
- Nie pozostawił po sobie żadnych krzywd - mówi Kutz. - A że pracował pod firmą
PRL? A niby pod jaką miał pracować? Była wtedy jakaś inna?
Korzystałam m.in. z książki Jana Walczaka "Generał Jerzy Ziętek. Biografia" .
Współpraca Józef Krzyk
Aleksandra Klich
Więcej o Jerzym Ziętku i innych znanych Ślązakach w książce Aleksandry
Klich "Bez mitów. Portrety rodem ze Śląska", która ukaże się w maju nakładem
wydawnictwa WAW
Aleksandra Klich

juz spiesze z odpowiedzia uwazam, ze nie ma zadnego znaczenia ile kto zarabia
i ile finansowo wnosi do budzetu rodziny-liczy sie fakt, ze obowiazek ten jest
dzielony na dwoje-pracuje glownie z mezczyznami, ktorach zony sa w domu (taki
kraj i obyczaj) i widze cala sprawe troche z innej stony-kiedy wiesz, ze jesli
tobie, jako jedynemu zywicielowi rodziny cokolwiek sie stanie, przytrafi jakas
choroba, wypadek to rodzina "pojdzie na bruk" to funkcjonowac normalnie nie
jest latwo. Kiedy pracujesz bo musisz to nie mozesz pozwolic sobie na
chorowanie, sanatorium itp. W pewnym wieku juz nie mozesz zapieprzac tak jak
kiedys, nie dajesz rady, od czasu do czasu zakluje serce, ale nie idziesz do
lekaza oszukujac samego siebie, ze to nic, bo przeciez ktos na rodzine zarobic
musi. W zyciu bywa roznie i czesto raz jedno raz drugie zarabia wiecej, poza
tym czesc moich kolegow tez by chetnie sprobowala czegos innego, doksztalcila
sie, zmienila prace, bo obecna juz ich wypalila, ale nie moga sobie na to z
niepracujaca zona pozwolic...Obserwuje to z boku i widze jak w pewnym momencie
(na poczatku oczywiscie jest pelna sielanka) zaczynaja sie nieporozumienia ("ja
zapieprzam na nadgodzinach a ty te pieniadze na nowe firanki wydajesz?")i
klotnie.... Jesli masz pracujacego partnera, zawsze wiesz, ze moze biedniej ale
w razie czego jakos sobie poradzicie. I tylko o to mi chodzi mowiac o
partnerstwie, a nie o to, ze ma byc wszystko po rowno, bo w takim razie to moj
maz musiaby jeszcze ze mna do spolki byc w ciazy i urodzic W mojej rodzinie
mam kilka wdow (taki traf), ktore dzieki temu, ze zawsze byly aktywne zawodowo,
potrafily poradzic sobie z np. przejeciem i fuzja firm, splata kredytow, budowa
domu, nie mowiac juz o wychowaniu dzieci. one tez nie planowala stracic meza w
wieku lat np. 45, ale przeciez nigdy nie wiemy co moze sie stac- moj maz jest
prawdziwym ojcem tzn., potrafi wykonac kazda czynnosc przy dzieciach, z ktorymi
ma swietny kontakt, i w domu (pierze, prasuje, swietnie gotuje itp) i wiem, ze
gdyby mi sie cos stalo, to on nie siadzie i zacznie pic z rozpaczy, ale poradzi
sobie ze wszystkim, to samo on wie o mnie i to daje nam poczucie
bezpieczenstwa. Dzieci to obowiazek nie tylko na teraz ale na cale zycie, a kto
z nas wie jaka sytuacje bedzie mial za 5 lat, za 2 dni?


Sendler, Irena
Śni jej się do dziś, że rodzice nie chcą oddać dziecka. A następnego dnia ich
mieszkanie jest już puste

U sióstr felicjanek w Otwocku za bardzo rzucał się w oczy - był najstarszy i
jego ruda głowa sterczała ponad głowami dzieci. Irena zadepeszowała do
Turkowic koło Lublina, do sióstr służebniczek: "Mam nową odzież".

Był rok 1943. Kilka miesięcy wcześniej ośmioletni Michał wyszedł z getta wraz
z rodzicami. Jego matkę Irena zarekomendowała jako dobrą służącą, katoliczkę w
pewnym otwockim domu. Uratowała się. Michał przeżył wojnę w Turkowicach.

Prof. Michał Głowiński, historyk i teoretyk literatury, jest jednym z 2500
dzieci żydowskich uratowanych przez referat dziecięcy Żegoty, którego
kierowniczką była Irena Sendlerowa.

Weźcie mnie za ręce

Katarzyna Meloch, inne dziecko z Turkowic. Twarz zasłoniła rękami i słucha.
Jest 24 maja 2001 r., siedziba Gminy Żydowskiej w Warszawie. Amerykańskie
uczennice grają swą sztukę "Życie w słoiku" dla grupki uratowanych z
Holocaustu i paru Sprawiedliwych.

Ktoś wcześniej czytał maszynopis sztuki i zwrócił uwagę na dwa naiwne
błędy. "Wezmę państwa dzieci i powiem strażnikom, że one mają tyfus i muszę
umieścić je w szpitalu" - mówi w sztuce Irena do pani Rosner. Za takie
tłumaczenie dostałaby w bramie getta kulę.

Przyjaciółka błaga Irenę, by nie szła do getta, bo naraża życie. "Mam papiery
(...), jestem Polką i chrześcijanką" - odpowiada ufnie Irena.

Jednak teraz, w sali Gminy Żydowskiej, naiwność niknie. Elizabeth, która gra
Irenę, zagarnia ramionami powietrze: - Dzieci, weźcie mnie za ręce,
pożegnajcie się z mamą i z tatą!

Cisza; mężczyźni i kobiety mają szkliste oczy.

- Przypomniałam sobie moment, gdy żydowska pielęgniarka wyprowadzała mnie z
warszawskiego getta - mówi potem Katarzyna Meloch czterem amerykańskim
uczennicom.

W kożuchu męża

Warszawa, rok 1912. Dwuletnia Irena ma koklusz, dusi się. Ojciec Stanisław
Krzyżanowski jest lekarzem w szpitalu św. Ducha. Błaga laryngologa o ratunek
dla dziecka. Doktor Erbrich prócz leków zaleca natychmiastowy wyjazd do
Otwocka, gdzie klimat sprzyja leczeniu chorób płuc.

Stanisław otwiera praktykę lekarską w Otwocku, ale jako nieznany lekarz ma
mało pacjentów - głównie żydowską biedotę i chłopów. Tej pierwszej zimy
Krzyżanowscy klepią biedę. Żona Janina sprzedaje palto. Na spacer wychodzi w
kożuchu męża wieczorami.

Odwiedzają ich siostra ojca i jej mąż - Maria i Jan Karbowscy. On - inżynier
komunikacji - dorobił się majątku w Rosji, budując koleje. Teraz postanawia
kupić w Otwocku budynek z rozległym parkiem przy ulicy Chopina, obiekt
świetnie nadaje się na sanatorium. Karbowscy przekazują go w użytkowanie
Krzyżanowskim. Stanisław organizuje w nim sanatorium dla gruźlików.

Mieszkają przy sanatorium, Irena bawi się z dziećmi z okolicy i wkrótce mówi
po żydowsku.

Pamięta, jak ojciec ją tuli. Ciotki mówią: - Nie rozpuszczaj jej, Stasiu, co z
niej wyrośnie! A ojciec: - Nie wiadomo, jak potoczy się jej życie. Może te
pieszczoty będą jej najmilszymi wspomnieniami?

Pamiętaj, ile serca

W książkach o Otwocku Stanisław Krzyżanowski odnotowany jest jako wybitny
działacz społeczny.

Socjalista. W 1905 r. usunięty z Wydziału Medycznego Uniwersytetu
Warszawskiego za udział w strajkach szkolnych. Przeniósł się na medycynę do
Krakowa. Relegowany za działalność polityczną. Studia skończył w Charkowie.

Typ Judyma.

1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | następna strona »

Witam wszystkich :-)
Właściwie nie wiem od czego zacząć i czy w ogóle powinnam zabierać
głos w tym wątku, ale poruszyło mnie to co piszecie.Czytałam
wszystko uważnie i jakbym widziała siebie 5, 10, 15, 20 lat temu.
Żyję z człowiekiem o podobnych zaburzeniach od 20tu lat, mamy dwójkę
wspaniałych dzieci-młodsze ujawnia podobne cechy zachowania jak tata.
Niestety wcześniej uważałam, ze osobowość męża spowodowana jest
trudnym dzieciństwem, że jest okaleczony emocjonalnie, ale ma
wspaniałe serce i warto się postarać, spróbować dać mu tyle miłości
i serca, żeby mógł zaufać, uspołecznić, stworzyć normalną rodzinę i
kochać mnie tak samo mocno jak ja jego.O BPD dowiedziałam się
sosunkowo niedawno, bo 3 lata temu, w momencie kiedy wyszła na
wokandę sprawa zaburzeń zachowania naszej córki. Wtedy ( i tak już
mocno wyczerpana i zdołowana sytuacją) zostałam oskrżona przez męża
o to, ze to ja dziecku wymyśliłam chorobę, ze ja źle wychowałam-
testy u psychiatry córki potwierdziły zaburzenia, neurolog również
sie pod tym podpisał.Tymczasem mój stan psychiczny pogrążał sie i
wierzcie mi nie miałam juz sił na dodtkową wojnę, zeby uswiadomić
mężowi, że powinien sie leczyć.Mało tego sytuacja obróciła sie
przeciwko mnie, bo jak to często bywa osoby opiekujące się i bliskie
borderlinerom często wymagaja pomocy psychiatry, stałam sie
ksiażkowym przykładem i wylądowałam na oddziale zamkniętym.O ironio
losu-było mi tam cudownie, niemal jak w sanatorium....przykre.
Ale do czego zmierzam, chcę żebyście mieli świadomość tego, że
musicie zawsze pamiętać o sobie, życzę Wam dużo siły w miłości i
cierpliwości wręcz anielskiej,przy czym nigdy nie ma pewności czy
sytuacja się poprawi, czy zechcą się leczyć, choć nie znam nikogo
komu pomogłaby terapia, ale wiem jedno nic na siłę- to działa jak
płachta na byka.
Na pocieszenie dodam, że żeczywiscie potwierdza się fakt, ze objawy
BPD słabną w okolicach 40go roku życia.Chociaż w tym roku mój mąż
obraził sie na mnie i na cały świat na 2 miesiące.
Przepraszam, ze Was nie pocieszyłam, ale wiem co przeszłam i nie
chcę żeby ktokolwiek musiał (z własnej woli, z miłości) znosić to co
ja.Zastanówcie się proszę czy macie tyle sił, aby stawic temu
czoła.Na pewno warto spróbować, bo przecież nie wszyscy są tacy sami
i u różnych ludzi z BPD objawy są nasilone w różnym stopniu.
I nie dajcie sobą manipulować, nie pozwólcie się zniewolić.Życzę Wam
wiecej rozsądku, wiary w siebie, niż ja miałam.
Czasem trzeba się z losem pogodzić, bo nie da się przeskoczyć
problemów, na które jeszcze nie wynaleziono lekarstwa.Ja liczyłam na
cud :-(
Pozdrawiam gorąco i życzę powodzenia z całego serca :-)

miasteczko dla emerytów w Radkowie
Siwe jest modne

Poniedziałek, 23 maja 2005r.

W Radkowie powstanie Miasteczko Aktywnego Seniora

Na sześciu hektarach gruntu, w samym sercu Gór Stołowych, staną: osiedle,
pensjonaty, szpital rehabilitacyjny, pasaż handlowy, restauracje i punkty
usługowe. Wszystko dostosowane do potrzeb siwowłosych. Inwestycja ruszy jeszcze
w tym roku

Pionierskie w Polsce przedsięwzięcie zamierza zrealizować wrocławska Fundacja
Teraz Życie. Jest już wstępny projekt miasteczka i zgoda gminy, która upatruje
w pomyśle szansę na rozwój.
– Umowa z gminą jest taka, że w tym roku musimy zacząć budować – mówi Ryszard
Parcia z fundacji. – To potężna inwestycja i potrzebne będą grube miliony.
Staramy się zarazić naszą wizją sponsorów i partnerów.
W ciągu pięciu lat w Radkowie stanie miasteczko, w którym znajdzie się
wszystko, co potrzebne do szczęścia ludziom starszym.
– To będzie miejsce dla tych, którzy pragną żyć aktywnie, choć są zaawansowani
wiekiem – wyjaśnia Ryszard Krygier, szef fundacji. – Chcemy, by był to ośrodek
rehabilitacji, ale nie sanatorium.
– Chodzi o to, by nauczyć tych ludzi radzenia sobie z nadmiarem wolnego czasu –
dorzuca Marek Ferenc. – Badania pokazują, że 80 procent chorób u starszych
ludzi ma źródło w psychice. Dlatego będziemy zmieniać mentalność i styl życia
staruszków.
Twórczy i aktywni na emeryturze
W miasteczku staną parterowe mieszkania z obsługą hotelową i terapeutyczną.
Będzie centrum pielęgnacyjno-rehabilitacyjne dla ludzi przewlekle chorych i
niepełnosprawnych oraz gabinety specjalistyczne. Sporą część zajmą obiekty
wypoczynkowe, punkty usługowe i handlowe. Ścieżka życia, basen, klub odnowy
biologicznej, wypożyczalnia rowerów, fryzjer, sklepy, bank, apteka, biblioteka,
kawiarenka internetowa...
Do tego niezbędna jest pomoc specjalistów. Do projektu włączyli się wrocławscy
naukowcy.
– Odpowiadam za część merytoryczną – mówi dr Walentyna Wnuk, kierownik
Uniwersytetu Trzeciego Wieku. – Ludzie starzy często zamykają się w czterech
ścianach. Miasteczko w Radkowie może być miejscem, które sprawi, że poczują się
aktywni.
Doktor Wnuk już ma kilka pomysłów na warsztaty dla staruszków.
– Projektowanie ogrodu, gimnastyka mózgu, weekendy dla małżeństw dojrzałych z
kryzysem albo zajęcia pt. „Jak być idealnym dziadkiem?” – wylicza. – Chcemy
stworzyć gazetę seniora i lokalną telewizję. Mamy miliony pomysłów.
Zarządzeniem projektem zajął się dr Jan Betta z Politechniki Wrocławskiej. –
Najważniejsza jest idea – uważa. – Zaangażowałem w projekt swoich studentów. Są
pełni entuzjazmu, kilku z nich pisze swoje prace dyplomowe na ten temat.
Nadzieja w przyszłości
Fundacja podkreśla wzorową współpracę z władzami gminy. Burmistrz Jan
Bednarczyk przyznaje, że Miasteczko Aktywnego Seniora to dla Radkowa szansa. –
Nowe miejsca pracy, rozwój turystyki, promocja naszego regionu – wylicza
korzyści. – Z nadzieją patrzymy w przyszłość. Musimy wykorzystać niesamowite
położenie geograficzne gminy.

Siła siwych
Na świecie jest ponad 400 miast dla starszych ludzi (tzw. sun cities, czyli
słonecznych miast). Najwięcej w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Są one
częścią tzw. przemysłu siwych. Ekonomiści i biznesmeni zorientowali się, że
ludzie starsi to grupa silna ekonomicznie i politycznie. Emeryci są w Stanach
Zjednoczonych najważniejszą grupą wyborców. Eksperci twierdzą, że w najbliższym
czasie „siwe” pieniądze trafią na rynek nieruchomości.

Katarzyna Tokarska - Słowo Polskie Gazeta Wrocławska

witacie dziewczyny, dzięki za dobre słowo.
Jak ja dobrze was rozumiem. Jutro 1 miesiąc od śmierci mojej mamuni.
Wznowa wykryta w lipcu br. Mama nie wiedziała do końca o
przerzutach. Domyślała sie wiele, ale nie pytała i nie chciała nic
bliżej poznać. Mówiła że człowiek jak już wie to chciałby to
zmienić, dlatego nie obarczałam jej tym wszystkim czego nie chciała
wiedzieć. A jak o coś pytała to już mówiłam prawdę. Tylko
delikatnie.I nie żałuję. Tak bardzo chciałam ją zatrzymac i ochronić
że mi nigdy nie powiedziała że nie ma już siły walczyć z bólem,
cierpieniem. Powiedziała babci 2 tyg przed śmiercią że ona już nie
ma siły. A ja do końca jak tur brnęłam i załatwialam wszytko co sie
dało zrobić, leki przeciwbólowe, masaże, materace. końcu tydzień
przed mamy pójciem do szpitala pojechałam do znajomej pieęgniarki i
spytałam czy mam załatwiać kroplówki wzmacniające, dawać mamie na
przymus nutridrinki. Ona straciła mamę , siosrtę i ojca na naowtwór.
I wtedy jak powiedziała mi że nie, mam jej dac spokojnie odejśc i
nie przedłużać cierpienia ta zrobiłam. Podawałam tylko to na co
miała ochotę. A ponieważ miała na nieiwle rzeczy to troszke prosiłam
żeby piła i jadła. Jak ją zabrała karetka 1 listopada w nocy mimo
całej wiedzy na temat choroby i jej postępu u mamuni jeszcze się
łudziłam że może do nas wróci. I jak pielęgniarki powiedziału mi 4
listopada w niedziele że jest źle i czy będę przy niej był to dla
mnie ogromny szok. Ale siedziałam całą noc. A mamunia, moja
kochana , najkochańsza mamunia na świecie odeszła jak pojechalam
zawieźć rano dziecko do żłobka. Tak nie chciała robic mi do końca
przykrości. W
Była taka dzielna i pokornie znosiła cierpienie. W szpiatlu
niektórzy wrzeszczeli inni płakali. Ona spokojnie brała leki, tylko
czasem częściej niż zwykle jak ból sie nasilał.
W tym tygodniu przemeblowalam pokoik w którym była mama,żeby mój 12-
letni syn mógł do niego wrócić. Na czas choroby oddał go babci. Ale
wszystkie rzeczy nadal mam. Na cmentarz nie chodze co dziennie, bo
wierze że mogę z nia rozmawiać wszędzie. A w domu czekają na mnie
dzieci i mama na pewno bardziej wolała by dbać o nich niż o grób.
Była wspaniałą mamą, babcią, córką. Każdemu pomagała, o wszytkich
myślala.
Ja choć mam dzieci i męża czuje taka pustkę jakbym została samana
świecie. Mam jestcze tylko babcię, która pogrążona jest w okropnej
rozpaczy za ukochaną córunią. Mamunia miała tylko 53 lata.
Boje sie o babcię. Samej też mi nie łatwo. wszystkie choroby teraz
na mnie spadły: zapalenie żył, przydaków, angina, nerwobóle w
klatce.
Opieka nad mamą przysłoniła mi wszystko a teraz nie moge się
pozbierać.
Mamunia śni mi sie częśto, ale oststni sen był taki wyraźniejszy,
przysła do mnie, taka ładna i spokojna. Mówiła że jest jej tam
dobrze, spokojnie, nie ma bólu. Tylko ciało sie rozkłada. Chciałam
żeby wzięła telefon i dzwoniła do mnie, ale powiedziała, że nie ma
jak wykrecić numeru.
Taką pustke mam w sercu. Ale też łapię sie na tym że chwilami myślę
że mamusia wyjechała. Tylko gdzieś bardzo daleko. Takie
nierzeczywiste dyrdymały. Ale troche pomagają.
Byłyśmy całe życie razem. Wyjeżdżałyśmy najwyżej ja na wakację a
mama do sanatorium. A teraz już dawno powinna wrócić. A jej nie ma.
Wiem że ta podróż mamuni nie ma końca. A tak bym chciała to zmienić.
Boże jak to boli.
Trzymajcie się wzyscy którzy walczą i ci którzy stracili bliskie
osoby. Wiary!!!
Nina

Ale się naczytałam ...

A u nas jakaś czarna seria. Najpierw angina u Agatki, potem kłopoty żołądkowe
Mateo. Potem się Andrzej rozłożył (też żołądek), potem gdy Mateo się polepszyło
i poszedł do przedszkola to ja się rozłożyłam - żołądek + katar. Gdy już mi się
wydawało,że sytuacja opanowana - wczoraj gdy odebrałam Mateo z przedszkola
zaczął narzekać na ból głowy (pierwszy raz w życiu). Gdy mu zmierzyłam
temperaturę miał 38,2 i prawie, że stracił przytomność na dywanie.
Pognali z Andrzejem do przychodni i się okazało, że teraz on ma ropne nacieki
na migdałach. Więc ja w auto, reklamówka leków i wyprawa do mamy aby przerwać
w końcu ten łańcuszek wzajemnego zakażania i nadkażania ...
Ale głowa boli go nadal co mnie bardzo, bardzo martwi ...

Tak więc przepraszam, że do nikogo o niczym nie piszę ale ... nie mam nastroju.

Do tego wszystkiego muszę ukrywać nasze choroby w pracy - wiecie dlaczego, więc
nawet nie mogę się spokojnie przez telefon wypytać co i jak tylko gadamy
szyframi. Hehe ...

Do tego jescze nasza piękna zima się kończy !!! Ja tak kocham mróz, śnieg i
słońce (koniecznie taki zestaw), dobrze mi się to kojarzy !!! No a tu proszę 0
stopni i leje ... I nie było już rano dreszczyka emocji - jak przy minus 18 -
wóz zapali czy nie zapali hihi (tu się muszę pochwalić, że zawsze zapalił !!!)
Słowem nudy na pudy. No ale żebym się na śmierć nie zanudziła to mam choroby na
głowie hihi

Muszę Wam tez powiedzieć, że bardzo, bardzo się cieszę, że wróciłam do pracy.
Bałam się tego powrotu ale teraz już bez pracy nie wyobrażam sobie życia. Dużo
się pozmieniało ale stwierdzam, że z korzyścia dla mnie - lepiej się czuję i
jestem taka jakaś dowartościowana ? Myślę, że łatwiej jest mi też poradzić
sobie z tymi wszystkimi chorobami dzięki temu właśnie, że mogę wyjść do pracy.
Nie bez znaczenia jest też fakt, że Agatka tak pięknie się przyzwyczaiła do
opiekunki no i że opiekunka bardzo się nam sprawdza !!!

Kończę bo popadłam w samozachwyt zdaje się ...

A taką miałam nadzieję, że zima poczeka jeszcze ze swoim końcem - za tydzień
zawozimy Mateo do Rabki do sanatorium i marzyłam o jakimś narciarskim wypadzie
do Białki a tu się wszystko topi na potęgę ...

Miłego weekendu

Aha, Agatka - moja spokojna, powolna Agatka - to teraz istny żywioł: nie
nadążamy za Nią z Andrzejem !!! Z uśmiechem na twarzyczce łobuzuje !!!
Dosłownie biega na czworakach, robi bajzel niezgorszy od Mateusza i ma fiołka
na punkcie rzeczy niedozwolonych - typu żaluzja, kontakty, gryzienie skóry na
kanapie, wywalanie płyt kompaktowych i gier Mateo, gryzienie kabli (królik czy
co ?), otwieranie kieszeni w wieży i ich szarpanie (urwie się czy się nie
urwie ?), targanie i próby pożerania gazet i reklam, włażenie na półkę pod
ławą, wywalanie mamy książek z półki to ostatnio Jej ukochane i normalne
zabawy ... Nas z Andrzejem wszystko to strasznie smieszy, michy nam się cieszą
a jak wszyscy są zdrowi i Mateo z Agatką szaleją to aż "serce roście" jak to
Kochanowskiemu rosło ... Pięknie jest, dlatego popieram dziewczyny starające
się o drugiego maluszka i mające już duety albo i tria w domu !!! Nie ma nic
piękniejszego niż obserwowanie zabawy naszych dzieci ...
Szkoda, że te piękne okresy przeplatają się ze smutkami spowodowanymi chorobami
itp. no ale cóż - życie to niestety sinusoida ..

Koniec.

Głos emerytki
No cóż, widac, że kampania zbliża się wielkimi krokami, skoro takie postulaty
są formułowane. Choc w gruncie rzeczy nie są one nowe, bo każdy kto ma pamięć
do polityki przypomni sobie, co wygadywali o nas w I kadencji posłowie ZChN,
KPN czy PC. Tyle jadu i chamstwa nie zmieściłoby się nawet w stalinowskich
parlamentach od Moskwy po Berlin w latach pięćdziesiątych, ale nie od rzeczy
jest przecież gierkowskie powiedzenie "Polak potrafi". Bluzgać.

Do rzeczy: tak się akurat składa, że znam wielu z tych pogardzanych powszechnie
(choć w gruncie rzeczy pozostających w cieniu, mijając ich codziennie w windzie
czy na ulicy nawet nie wiemy czym zajmowali się przez 1989 rokiem)
funkcjonariuszy i nie są to ludzie zbytnio zamożni. Ich poziom życia, bogactwo?
Zazwyczaj jakaś skromna (8-10 ha) działeczka na Mazurach lub Warmii (taką ma
właśnie Kiszczak), raz-dwa razy wyjazd do sanatorium w Busku-Zdroju albo
Sopocie, czasem jakieś dalekie podróże w stylu Hiszpanii albo Portugalii (ale
do Niemiec czy Francji nikt nie pojedzie, bo przecież drogo!). Oczywiście:
regularnie czynsz i wszystkie opłaty, bo "prawa" władza tylko czyha na jakieś
ubolskie potknięcie i gotowa natychmiast eksmitować z mieszkania pod byle
pretekstem. A także - leki. Wbrew obiegowym opiniom życie takiego ubeka
(jeszcze bardziej niż w krajach Zachodu) do łatwych i zdrowych wcale nie
należy. Choroby serca, nerwice, bezsenność, cukrzyca - z tym zmagają się
pracownicy urzędu znacznie częściej niż tzw. przeciętni obywatele, co to
pracowali osiem godzin dziennie i ta sama płaca im się śni (a przecież prawica
zawsze opowiadała się przeciwko równym dochodom, równość to idea fix lewicy,
więc nie wiem o co chodzi "prawicowcom" Kaczyńskim i Rokitom?).

Nie wiem czy pamiętacie taką piosenkę z Kabareciku Olgi Lipińskiej:

"A Balcerowicz wyciął nam numer i różnicować dochody chce
prywaciarz może robić fortunę, a ten porządny, państwowy - nie!
Jasne że musi być kapitalizm, ale nasz zakład schodzi na psy
zabrać bogatym, domiar dowalić - i rozdać ludziom, kto ludzie? MY!"

Nie minęło 15 lat, a na forum czytam brednie w stylu "inni całe życie
pracowali..." albo "co z nauczycielami...". Czy ktoś komuś zabraniał w PRL iść
do służb specjalnych? Z tego co wiem, to aż do 1956 roku SB borykała się z
niedoborem pracowników, których musiała sprowadzac z Moskwy, bo "katolickie,
pobożne społeczenstwo" nie chciało na Koszykową... Nikt nikomu nie kazał być
nauczycielem w PRL. Sami sobie tę funkcję wybrali, więc niech nie gadają...
Wiadomo - w USA czy RFN też nie ma równych emerytur!

Jakżeż smutne i biedne życie ubeków w porównaniu z egzystencją dzisiejszych
rekinów kapitalizmu (widoczne to było przy sprawie Pinheiro...). Niech nimi
zjamą się Kaczory, a nie uczciwymi ludźmi, którzy rzetelnie wywiązywali się ze
swej pracy. Jak nie, to sama będę namawiała ludzi, żeby chodzili do Strasburga
po sprawiedliwość. Kto by pomyślał, że będziemy jej szukać u Francuzów, a nie w
wolnej Polsce?

PS. Pisanina o zbrodniach b. funków UB nie wytrzymuje krytyki, bo po 1956 roku
odebrano uprawnienia emerytalne ludziom zamiesznym w zbrodnie stalinowskie.
Zakładam też, że nie wszyscy w UB zajmowali się dręczeniem ludzi (tłumaczki,
sprzątaczki, kucharki, ale także sporo pracowników merytorycznych). Czy im też
odebrać emerytury? I co - pójdą pod most? Litości... i rozumu trochę! Bo
programu to prawica przez 4 lata nie dorobiła się żadnego...


25 października 1941 roku Śmigły-Rydz wyruszył pociągiem z
budapeszteńskiego dworca Keleti. Wysiadł w Rożnawie, gdzie przesiadł
się do samochodu. Następnie wraz z kilkoma współpracownikami
przejechał pod samą granicę węgiersko-słowacką, którą przekroczył
pieszo. Potem samochodem przejechał do Twardoszyna. Granicę
przekroczył pieszo w Suchej Górze 27 października 1941 roku. W
okupowanej Polsce zakonspirowany Śmigły-Rydz przez pewien czas
przebywał w Krakowie, 29 października znalazł się w Warszawie.
Planował spotkać się z dowódcą ZWZ-AK Stefanem Roweckim-Grotem. Nie
wiadomo, czy do tego doszło[41]. Niepokoił się również o los swojej
żony, która przebywała w wówczas w Monte Carlo[43][44]. Pod koniec
listopada marszałek ciężko zachorował. Jeden z lekarzy zdiagnozował
u niego chorobę niedokrwienną serca, inny – dolegliwości żołądkowe
wywołane nadkwasotą. Chory nie miał apetytu, utrzymywała się również
u niego wysoka gorączka. Po chwilowej poprawie stanu zdrowia, Edward
Śmigły-Rydz zmarł w nocy z 1 na 2 grudnia 1941 roku[4]. Przyczyną
śmierci był prawdopodobnie zawał mięśnia sercowego[41].

Wdowa po gen. bryg. Włodzimierzu Maxymowicz-Raczyńskim, u której
mieszkał na Mokotowie pod adresem ul. Sandomierska 18/6[45],
zgłosiła policji, że w jej mieszkaniu zmarł Adam Zawisza, który
rzekomo był znajomym jej matki. 4 grudnia trumnę ze zwłokami złożono
w domu pogrzebowym na warszawskich Powązkach. 6 grudnia odbyło się
tam nabożeństwo żałobne, po którym marszałka pochowano. Pogrzeb
został zorganizowany przez żołnierzy Związku Walki Zbrojnej, którzy
weszli później w skład grupy AK "Baszta" z Mokotowa. Grób Śmigłego-
Rydza (kwatera 139-IV-1) oznaczony został nazwiskiem Adam Zawisza
[2]. Według J. Klimkowskiego (Byłem adiutantem gen. Andersa,
Warszawa 1959) [46] do lewej kieszeni marynarki włożono wizytówkę
marszałka w celu późniejszej identyfikacji zwłok (relacja
emisariusza z kraju por. Czesława Szatkowskiego w rozmowie z gen.
Andersem, grudzień 1941) Obecnie (od 1994 r.) znajdują się na
nagrobku prawdziwe dane zmarłego.

Dariusz Baliszewski twierdzi jednak, że Śmigły-Rydz zmarł w innych
okolicznościach:

Dość powiedzieć, że data jego śmierci – 2 grudnia 1941 r. – jest
mistyfikacją. 6 grudnia odbył się pogrzeb na Powązkach, jednak w
kwaterze 139 pochowano anonimowego pacjenta ze szpitala
Ujazdowskiego. Rydz-Śmigły zmarł pół roku później. Wyroku na
marszałku nie wykonano: jako rozwiązanie zaproponowano mu
samobójstwo lub wyjazd z kraju. Odmówił, więc skazano go na niebyt.
Po aresztowaniu przez AK w końcu listopada 1941 r. trzymano go w
ukryciu w nieludzkich warunkach, w których odnowiła się gruźlica
płuc z wczesnej młodości. Ciężko chory trafił wreszcie do sanatorium
miejskiego w Otwocku i tam zmarł 3 sierpnia 1942 r.[47]

Wersję Baliszewskiego poparli częściowo Andrzej Kunert i Marek
Gałęzowski[9]. Ustalenie prawdziwego przebiegu wydarzeń jest o tyle
trudne, że zdaniem Baliszewskiego, tajny pamiętnik marszałka
Śmigłego zgodnie z jego ostatnim życzeniem trafić miał do Nicei, do
rąk żony. Przewieźć go miał z Warszawy wraz z innymi pamiątkami po
Śmigłym oficer z jego kancelarii cywilnej Michał Ejgin. W 1951 po
morderstwie żony wszystkie dokumenty, listy i zdjęcia zaginęły[13].

chore dzieci i biurokracja
Niepełnosprawne dzieci muszą nawet pół roku czekać w kolejce po dokumenty, które pozwolą im na szybszą i tańszą rehabilitację. Ich rodzice nie mają wyjścia - stają na głowach, żeby samemu zorganizować pomoc.

Mikołaj z Grodziska Mazowieckiego ma roczek. Urodził się z poważną wadą serca. Jego rodzice chcą leczyć syna, już w lutym wystąpili do powiatowego zespołu do spraw orzekania o niepełnosprawności o wydanie specjalnego dokumentu. Na jego mocy chorym dzieciom i ich rodzicom przysługują min.: dodatki pielęgnacyjne (ok. 153 zł miesięcznie), dopłaty do sprzętu medycznego i turnusów rehabilitacyjnych czy darmowe przejazdy komunikacją miejską. Na wydanie orzeczenia komisja ma dwa miesiące. - Czekamy już pół roku i nic - denerwuje się Przemek, tata Mikołaja. - Urzędnicy do dziś się nie odezwali. Gdy zadzwoniłem, usłyszałem, że są kolejki i może wezwą nas we wrześniu.

Co na to urząd? - Nasz zespół orzeka dla trzech dużych powiatów, rocznie rozpatrujemy ponad 4,5 tys. podobnych spraw - tłumaczy zwłokę Ewa Magdziak, szefowa grodziskiego zespołu. - W dodatku trwa sezon urlopowy, więc wszystko dodatkowo się przedłuża - mówi.

To nie przypadek jednego urzędu, ale problem ogólnokrajowy. O złej sytuacji NIK alarmował już zeszłym roku. Z przeprowadzonej kontroli wynika, że aż w 40 proc. takich komisji opóźnienia przekraczają nawet kilka miesięcy. Urzędnicy rozkładają ręce. - Sprawy się przeciągają, bo nie ma pieniędzy - uważa Ewa Ściborska, rzecznik osób niepełnosprawnych z łódzkiego urzędu miasta. - Mamy limity i nie jesteśmy w stanie powołać więcej zespołów, które obsłużyłyby wszystkich niepełnosprawnych. Z kolei Beata Jaworowska z tamtejszej komisji bagatelizuje sprawę, twierdząc, że kolejki dotyczą tylko dzieci z bardzo powszechnymi (bo jest ich dużo) lub skomplikowanymi schorzeniami. - Gdy w grę wchodzi rzadka choroba, miewamy kłopoty ze znalezieniem specjalisty - mówi.

Jednak rodzice niepełnosprawnych mają inne zdanie: - Wszystko przez przepisy, które pozwalają wydać orzeczenie tylko na dwa lata, nawet jeśli dzieci nie mają szans na wyzdrowienie - uważa Katarzyna Parafianowicz, mama chorej Julki i szefowa fundacji Serce Dziecka. - Do komisji zgłaszają się rodzice, którzy chcą odnowić orzeczenie i ci, którzy dopiero się o nie starają. Trudno się dziwić, że kolejki rosną.

Tracą najmłodsi, bo bez zaświadczenia miejsca na rehabilitacyjnych turnusach czy w sanatoriach po prostu się nie należą. - Jak najszybsza rehabilitacja jest często niezbędna - podkreśla Katarzyna Parafianowicz. - Inaczej stan zdrowia wielu dzieci się pogorszy, czasami może być za późno i maluch nie uzyska takiej sprawności, jaką mógłby mieć.

Czy są jakieś szanse na poprawę tej sytuacji? Sprawa trafiła do Sejmu i Senatu. - Interpelowaliśmy - potwierdza Krystyna Nojszewska prezes Stowarzyszenia Rodziców Dzieci Niepełnosprawnych "Iskra". Posłowie dotąd się sprawą na poważnie nie zajęli.

Od redakcji: mimo politycznej burzy sprawy „Metro" dopilnuje, żeby posłowie tej, czy nastepnej kadencji sprawą się zajęli.("Metro")

canada53 napisała:

> Rozłożyłam karty według mojego rozkładu „człowiek”:
> forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=46080&w=58071657&a=65373040
> A oto zdjęcie rozkładu:
> fotoforum.gazeta.pl/3,0,1303354,2,1.html
> Poprosiłam karty, aby pokazały mi ową przypadłość partnera Curli,
gdzie
> poszczególne karty miały pokazywać:
> 1 – (głowa) = co on o tym myśli - 6 Denarów
> 2 – (serce) = jak on się z tym czuje – As Denarów
> 3 – (lewa ręka) = czy potrzebuje pomocy i jakiej – Król Mieczy
> 4 – (prawa ręka) = jak na to reaguje otoczenie – 10 Buław
> 5 – (lewa noga) = co z tym robił – 4 Buławy
> 6 – (prawa noga) = do czego to prowadzi, jakie są konsekwencje – 3
> Buławy
>
> Wydaje mi się, że on sam za bardzo się tą przypadłością nie
przejmuje, nie czuj
> e
> się w większy sposób nią skrępowany (6 Denarów), nie przeszkadza
mu ona aż tak
> bardzo. On chyba dostosował się do tego i całkiem dobrze sobie
radzi w
> codziennym życiu. Zdaje on sobie sprawę, że jest inny, niż
większość, że coś
> dzięki temu traci, ale też i coś w zamian zyskuje (As Denarów).
Wie, że musi si
> ę
> z tym liczyć w pewnych sytuacjach i odpowiednio dostosowywać do
tego swoje
> plany, bo w pewnych okolicznościach może mu to jednak sprawiać
kłopoty.

być może tak, gdzies głębko w sobie wie, że jego problemy są
wyimaginowane, bo przecież kolejne pomysły na choroby po wizytach
lekarskich, badaniach stają się niemożliwe i stres mu dopada, co
jednak nie powstrzymuje go przed kolejnymi pomysłami .
Jesli chodzi o to żeby go to w czymkolwiek hamowało to nie.

Co do
> pomocy ze strony innych ludzi, to raczej nie prosi o nią (Król
Mieczy), stara
> się być zupełnie samodzielny i niezależny od nikogo. W zwykłych
okolicznościach
> życia najprawdopodobniej nie wymaga on, aby mu pomagano. Jeżeli
już miałby kogo
> ś
> pytać o zdanie, to raczej lekarza albo innego fachowca.,
ewentualnie zaufanej
> osoby, ale nie pierwszego lepszego człowieka z brzegu. Ta sprawa
wydaje mi się
> być bardziej uciążliwa dla jego najbliższego otoczenia, niż dla
niego samego

nie do końca tak, my traktujemy to raczej lekko, a on czasami się
zamartwia

(1
> 0
> Buław). Być może trzeba za niego robić niektóre rzeczy, albo
sprawdzać, czy
> wszystko jest jak należy. Co do sposobów pozbycia się tej sprawy,
to myślę, że
> niewiele da się z tym zrobić (4 Buławy), chyba raczej należy się
przystosować i
> to polubić. Być może próbował on paru „łagodnych” metod w stylu
> bioenergoterapia, psychoanaliza albo sanatorium, ale niewiele to
dało. To chyba
> ma opinię czegoś nieuleczalnego i nikt tego leczyć do końca nie
potrafi.

canado zlituj sie !!! nieuleczalne ???
oszaleje z nim jak się zestarzeje ;ppp
ale chyba tak, masz rację

Ta
> sprawa powoduje, że czasem może odczuwać on trudności w kontaktach
z innymi
> ludźmi, ciężko mu bywa się z nimi dogadać i porozumieć (3 Buławy).
Może to
> również sprawiać kłopoty w podróży i powodować, że niektóre drogi
(np. niektóre
> profesje zawodowe) są dla niego zamknięte.
> Sądząc z całości rozkładu pasował by mi tu najbardziej daltonizm,
(czyli
> nierozróżnialnie niektórych kolorów), ewentualnie jakaś w podobnym
stylu wada
> wzroku.

widzisz nie tyle wada wzroku, tylko jakby wada racjonalnego
pojmowania tego co się dzieje, wyolbrzymiania lekkich dolegliwości
ale to już chyba wynika ze strachu przed chorobą i tu jest pies
pogrzebany.

a propo psa jak malutki biały piesio sąsiadki, który codziennie je
świeżą wołowinkę i kąpie się 4 razy w tygodniu ugryzł go lekko w
nogę, on po kilkunastu godzinach stwierdził, że zaraził go
wscieklizną, musiałam iść do sąsiadki po szczepienia tego puszka -
dała miu wszystkie z ostatnich 2 lat i do dziś nie odpowiada dzień
dobry ;p
Mogłaby to być także wada wymowy, np. jąkanie się. Z takich trudnych
do
> wyleczenia spraw to jest jeszcze łuszczyca, ale coś mi ona do
niektórych kart z
> tego rozkładu mniej pasuje.

Jak ja dobrze was rozumiem. Jutro 1 miesiąc od śmierci mojej mamuni.
Wznowa wykryta w lipcu br. Mama nie wiedziała do końca o
przerzutach. Domyślała sie wiele, ale nie pytała i nie chciała nic
bliżej poznać. Mówiła że człowiek jak już wie to chciałby to
zmienić, dlatego nie obarczałam jej tym wszystkim czego nie chciała
wiedzieć. A jak o coś pytała to już mówiłam prawdę. Tylko
delikatnie.I nie żałuję. Tak bardzo chciałam ją zatrzymac i ochronić
że mi nigdy nie powiedziała że nie ma już siły walczyć z bólem,
cierpieniem. Powiedziała babci 2 tyg przed śmiercią że ona już nie
ma siły. A ja do końca jak tur brnęłam i załatwialam wszytko co sie
dało zrobić, leki przeciwbólowe, masaże, materace. w końcu tydzień
przed mamy pójciem do szpitala pojechałam do znajomej pieęgniarki i
spytałam czy mam załatwiać kroplówki wzmacniające, dawać mamie na
przymus nutridrinki. Ona straciła mamę , siosrtę i ojca na naowtwór.
I wtedy jak powiedziała mi że nie, mam jej dac spokojnie odejśc i
nie przedłużać cierpienia tak zrobiłam. Podawałam tylko to na co
miała ochotę. A ponieważ miała na nieiwle rzeczy to troszke prosiłam
żeby piła i jadła. Jak ją zabrała karetka 1 listopada w nocy mimo
całej wiedzy na temat choroby i jej postępu u mamuni jeszcze się
łudziłam że może do nas wróci. I jak pielęgniarki powiedziału mi 4
listopada w niedziele że jest źle i czy będę przy niej był to dla
mnie ogromny szok. Ale siedziałam całą noc. A mamunia, moja
kochana , najkochańsza mamunia na świecie odeszła jak pojechalam
zawieźć rano dziecko do żłobka. Tak nie chciała robic mi do końca
przykrości.
Była taka dzielna i pokornie znosiła cierpienie. W szpiatlu
niektórzy wrzeszczeli inni płakali. Ona spokojnie brała leki, tylko
czasem częściej niż zwykle jak ból sie nasilał.
W tym tygodniu przemeblowalam pokoik w którym była mama,żeby mój 12-
letni syn mógł do niego wrócić. Na czas choroby oddał go babci. Ale
wszystkie rzeczy nadal mam. Na cmentarz nie chodze co dziennie, bo
wierze że mogę z nia rozmawiać wszędzie. A w domu czekają na mnie
dzieci i mama na pewno bardziej wolała by dbać o nich niż o grób.
Była wspaniałą mamą, babcią, córką. Każdemu pomagała, o wszytkich
myślala.
Ja choć mam dzieci i męża czuje taka pustkę jakbym została samana
świecie. Mam jestcze tylko babcię, która pogrążona jest w okropnej
rozpaczy za ukochaną córunią. Mamunia miała tylko 53 lata.
Boje sie o babcię. Samej też mi nie łatwo. wszystkie choroby teraz
na mnie spadły: zapalenie żył, przydaków, angina, nerwobóle w
klatce.
Opieka nad mamą przysłoniła mi wszystko a teraz nie moge się
pozbierać.
Mamunia śni mi sie częśto, ale oststni sen był taki wyraźniejszy,
przysła do mnie, taka ładna i spokojna. Mówiła że jest jej tam
dobrze, spokojnie, nie ma bólu. Tylko ciało sie rozkłada. Chciałam
żeby wzięła telefon i dzwoniła do mnie, ale powiedziała, że nie ma
jak wykrecić numeru.
Taką pustke mam w sercu. Ale też łapię sie na tym że chwilami myślę
że mamusia wyjechała. Tylko gdzieś bardzo daleko. Takie
nierzeczywiste dyrdymały. Ale troche pomagają.
Byłyśmy całe życie razem. Wyjeżdżałyśmy najwyżej ja na wakację a
mama do sanatorium. A teraz już dawno powinna wrócić. A jej nie ma.
Wiem że ta podróż mamuni nie ma końca. A tak bym chciała to zmienić.
Boże jak to boli.
Trzymajcie się wzyscy którzy walczą i ci którzy stracili bliskie
osoby. Wiary!!!
Nina

Nie ma bardziej zakłamanego szmatławca
Jakiś czas temu pan Gadomski w GW "porównał" płace w roku 1988 z tymi 10 lat później. Tamten artykuł był ordynarną manipulacją. Pan Gadomski zapomniał dopowiedzieć, że obecne płaca średnia podawana przez GUS jest brutto, a te publikowane w PRL były netto. Poza tym porównując relacje cen do płac wziął na warsztat rok 1988 gdy inflacja ruszyła z kopyta. Nic prostszego wziąść średnią płącę z pierwszego kwartału, a ceny z ostatniego i wyjdzie, że w PRL naród głodował.

Tym razem jednak GW przeszła już wszelkie granice. Jeśli media mają być czwartą władzą, to GW kłamie gorzej niż Kurski z PiS. Powiem tak, że wydawana w Generalnej Guberni polskojęzyczna gadzinówka Kurier była bardziej obiektywna i wiarygodna niż Gazeta Wyborcza.

Może ceny pralek, odkurzaczy i telewizorów są istotne dla młodego małżeństwa. Ale nie dla emeryta, bo nie rozśmieszaj mnie, że są to artykuły które nie były powszechne w gospodarstwach domowych PRL. No chyba, że pod pojęciem PRL rozumiemy np. lata 1945-1970.
Pamiętam końcówkę lat 70-tych i lata 80-te i nie widziałem normalnego domu (poza melinami pijackimi), gdzie nie było choćby Frani i czarno-białego telewizora, nie mówiąc o odkurzaczu.
Pamiętam natomiast, że miesięczne opłaty związane z mieszkaniem wynosiły 10% dochodów rodziny, a nie połowę. Pamiętam, że moja babcia, która miała pół encyklopedii chorób (ciśnienie, serce, cukrzyca, żylaki itd.) wydawała miesięcznie na leki kwotę za którą można było kupić litr wódki. Dzisiaj za równowartość litra wódki to grypy nie wyleczysz. Była dwa razy w sanatorium, dzisiejsza średnia emerytura na bilet kolejowy by nie starczyła. Jakoś nie mogę sobie przypommnieć w PRL-u emerytów grzebiących w śmietnikach. Wyrzucanych z domów z powodu niepłacenia czynszu. Nie było problemów z lekami, chyba że był potrzebny lek, którego nie produkowano w RWPG, wtedy pozostawały dwa wyjścia. Albo czekać w kolejce na państwowy import, albo sprowadzić na własną rękę bez państwowej dotacji i wtedy wychodziło drogo. Dzisiaj lecząc przeziębione dziecko zostawiasz za każdym razem 100 PLN w aptece.
O takich sprawach jak książki (poza antykwariatami), kino, czy teatr mając średnią emeryturę możesz dzisiaj zapomnieć. Za to masz telenowel w TVP więcej, szybciej wyhodujesz Alzheimera.
Przypomnę jeszcze kilka ciekawostek, poza tym, że ceny biletów na zbiorkom były mniej więcej trzy razy niższe niż obecnie w przypadku autobusów miejskich, i z 5 razy niższe niż bilety PKP.
Do tego emeryci mieli na to wszystko ulgi.

No i dalej, za PRL władza popierała emerytów, którzy chcieli do emerytury dorabiać. Dzisiaj kradną ci część emerytury jeśli dorobisz ponad limit, wtedy nic takiego nie było. Na wsiach emeryci dostawali deputaty węglowe. No i spawa ostatnia, system emerytalny w PRL zbudowano od zera, oparto go na zasadzie solidarności pokoleń, ze składek pobieranych od pracujących opłacano emerytury, emerytury były na stałe powiązane z płacami i indeksowane o inflację. Gdy w małżeństwie emerytów jedno umierało, drugie mogło wybrać emeryturę (swoją lub zmarłego małżonka) i przysługiwała ona w 100% i dożywotnio.
Składka na ZUS wynosiła ok 30% (w roku 1985), ZUS obok emerytur płacił całą masę innych świadczeń i jeszcze miał z czego pożyczać rządowi. Po reformie emerytalnej składki poszybowały w górę emnerytury będą gorsze niż były, za to złodzieje z OFE i opłacane przez nich poprzez wykup reklam załgane redakcje mediów zarobuły kokosy. Więc kłamią, bo za to tym ścierwom płacą.

A ja właśnie podziękowałam listownie - cytuję :-):

Drogi Panie Doktorze!
Piszę ten list, ponieważ chciałam bardzo serdecznie, z całego serca podziękować
Panu.
Dziękuję za to, że jest Pan takim światłym, otwartym i bezinteresownym
człowiekiem.
Dziękuję za to, że na łamach strony internetowej firmy „Dolisos” zechciał Pan
podzielić się swoją nieocenioną wiedzą. Dzięki niej, ja i podobni do mnie
nieszczęśnicy prowadzeni ręką opatrzności, mogą korzystać z Pańskiej
nieocenionej wiedzy, zmieniać swoje życie.

Z roku na rok przeziębiłam się coraz częściej. Oczywiście leczona
byłam „normalnie” - antybiotykami. Zrobiłam wymaz z gardła - gronkowiec
złocisty. Szok. Migdałki miałam nabrzmiałe od ropy, która wyciekała do gardła,
raniąc krtań, tchawicę, aż do całkowitego bezgłosu. Niesamowity ból i ogólne
osłabienie. Migdałki dodatkowo pokryte były licznymi czopami ropnymi. Robiłam
co mogłam. Usuwałam czopy mechanicznie. Płukałam gardło wszystkim, co było
dostępne w aptece i nie tylko. Wszystko na nic. W listopadzie zeszłego roku
nastąpił kryzys. Do kwietnia tego roku, dostałam 5 coraz to silniejszych
antybiotyków. Laryngolog (podobno jeden z lepszych w mieście) po obejrzeniu
moich migdałków i historii choroby, spojrzał na mnie z dziwną miną i powiedział:
-„Wie pani co? Synek mojego znajomego ma to już kilka lat i żyje”
Zamurowało mnie.
W końcu inny laryngolog Pan Doktor Nauk Medycznych wydał werdykt - wycięcie
migdałków. Powiedziałam sobie - „O nie! Ja tak łatwo się nie poddam!” Na
wszelki wypadek jednak zaszczepiłam się na żółtaczkę Medycznych… zaczęłam
poszukiwania.
Prowadzona chyba ręką opatrzności natrafiłam na wiele ciekawych stron
internetowych, między innymi na forum, na łamach którego zechciał Pan
odpowiadać na pytania takim desperatom jak ja. Znalazłam tam poradę na temat
gronkowca złocistego.
Między czasie zdążyłam znów zachorować. Potwory ból gardła, osłabienie, 38,5oC.
Kupiłam zalecane przez Pana doktora „kulki” iiiiii… ??????? Po trzech dniach
poszłam do pracy w pełni sił !!! Byłam strasznie zaskoczona, ale i
przeszczęśliwa!
Równocześnie ja i moja rodzina zmieniliśmy złe nawyki żywieniowe.
Dowiedzieliśmy się, co to jest Candida i dlaczego jest taka groźna. Dlaczego
nie należy spożywać produktów mlecznych oraz cukru. Wszystko to razem dało
niesamowite efekty!
Moje dziecko z astmą, nie jest już zaflegmione (odstawiliśmy także białe
pszenne pieczywo). Choruje rzadko, a choroby przeganiamy lekami homeopatycznymi.
Mój mąż miał łuszczycę. Miał czerwone swędzące plamki rozsiane po całym ciele.
Na łokciach i kolanach miał już pięciocentymetrowe piekące ogniska zapalne.
Dzięki zmianie żywienia, medycynie naturalnej oraz homeopatii, bez jednej
wizyty u dermatologa, łuszczyca ustąpiła.
A po moim gronkowcu zostało tylko wspomnienie !

Kiedyś nasze życie było ciągiem chorób, wiecznych wizyt w przychodniach
lekarskich, sanatoriach, klinikach, konsultacjach u Specjalistów Wysokiej
Klasy. Wołanie o pomoc, beznadzieja, strach, wyczekiwanie kiedy choroba znów
zaatakuje. Trwało to 12 bardzo długich lat.
Dziś możemy cieszyć się zdrowiem, cieszyć się sobą, spędzać czas na wspólnych
rozmowach i zabawach.

Dzięki Panu nareszcie możemy normalnie żyć. DZIĘKUJEMY !

Daj nam Panie Boże więcej takich lekarzy.

Teraz staram się w jakiś sposób spłacić dług, który zaciągnęłam u Pana i innych
ludzi dobrej woli. Nagle stałam się pełną energii i zapału osobą, która gdzie
tylko może, opowiada o tym jak zmieniło się życie jej rodziny. Opowiadam o tym,
że można żyć inaczej, w zdrowiu, a nie w chorobie. Staram się dzielić swoimi
doświadczeniami, podawać źródła zdobytej przeze mnie wiedzy. Nieść nadzieję.
Nie zawsze się to udaje. Ludzie nie są cierpliwi. Oczekują natychmiastowych
efektów, bez wysiłku. Nie mają nawyku czytania, zgłębiania wiedzy. Ale jeśli
uda mi się naprowadzić choćby jedną osobę na dobrą drogę, będę szczęśliwa.
Proszę nie ustawać w wysiłkach. Robi Pan naprawdę kawał dobrej roboty.
Jeszcze raz dziękuję z całego serca.
Po prostu Człowiek.
„Jeśli nie potrafisz zrozumieć jakiegoś zjawiska, nie jest to wina tego
zjawiska” HIPOKRATES.

Myślę, że już pora...
...założyć wątek.Witam wszystkich serdecznie i dziękuję,że tu
jesteście.Czuję,że jestem Wam winna opisać swoją historię,być może pomoże ona
nowym,zaczynającym leczenie przechodzić cały ten koszmar.Mam 33lata,lekarzy
zaczęłam odwiedzać od 5-tego roku życia w związku z uporczywie nawracającą
anginą-2tygodnie leczenia-2tygodnie spokój i tak w kółko.Wycięcie
migdałka(7lat),jako przyczyny angin nic nie zmieniło.Z czasem doszedł ból
nóżek,ale przecież wszyscy,którzy tu jesteśmy znamy diagnozę-dziecko
rośnie.Będąc w wieku szkolnym(11-12 lat)obudziłam się pewnego dnia i ledwo
wstałam z łóżka,okazało się,że mam jakoś przesunięte biodro,że jedna noga
stała się krótsza i potworny ból w kręgosłupie.Do dziś pamiętam płacz mamy jak
mnie zobaczyła.Rozpoczęła się wędrówka po masażystach-kręgarzach.Lekarzy też
odwiedzaliśmy,bo to się stało samo,w nocy,nic nie dźwigałam,więc
dlaczego?Diagnoza-zbyt mała masa mięśniowa(a ja byłam zwyczajnie
szczupła).Przez 2 lata dyski wypadały mi niekiedy od oddychania.Po tych 2
latach dyski wypadały nadal, ale już nie tak seryjnie,doszły za to mocne
kołatania serca i nocne bezdechy.Oparło się na
szpitalu,diagnoza-nerwica,zastosowane leczenie-relanium.Często miałam też bóle
głowy.Bóle brzucha,żołądka,wymioty były normą-nerwica jak nic.Jak trafiłam na
pogotowie z bolącym kolanem i rwą kulszową to dyżurujący lekarz kazał czekać
choroba się ujawni a ja krzyczałam z bólu(dosłownie).W miarę upływu lat
problem ze stawami nasilał się,choć był okresowo.Później ,,coś,, na
jajniku-nie reagujące na różne terapie hormonalne(w czasie,których ledwo
żyłam).Koniec końcem zniknęło samo.Odkąd skończyłam 19 lat bóle głowy dopadały
mnie już tak na maksa,tyle,że przerwy były jeszcze przyzwoite.I tak przez
kilka lat.Następny etap to była depresja- podlegająca leczeniu.Aż w końcu(9lat
temu) paraliż twarzy i oczywiście sterydy.Po miesiącu ledwo wchodziłam po
schodach,,bo tak mnie bolały kolana.Od tego czasu na noc poduszka między
kolanami,żebym mogła spać na boku.Następny etap to poronienie.Później kilka
lat ze zmieniającymi się co jakiś czas w/w objawami.I...ciąża.Kochani co to
był za wyczyn! Horror.Bóle nóg,stawów,głowy brucha żołądka,pleców(od
pierwszych m-cy,nie od obciążenia brzuchem),kości,bioder,o mdłościach 24h na
dobę można by nie wspominać.Siedziałam i płakałam z bólu i bezsilności,że nie
wytrzymam.Prawie 12-stogodzinny poród nie był niczym nadzwyczajnym przy tych
wszystkich bólach.No a później było już tylko gorzej.Głównie stawy i głowa i
napinające się do granic możliwości mięśnie karku i barków-czasem nie byłam w
stanie nieść torebki z tego powodu.Jeszcze po drodze były zapalenia ścięgna
pochewki palucha i zapalenia nerwu przy potylicy.I w kółko leki
przeciwzapalne,przeciwbólowe.Mięśnie i głowa i rehabilitacja-właściwie
ciągła-masaże, prądy,laser,krioterapia.No i wciąż leki przeciw bólowe,średnio
4-5 dni w tygodniu.Nocne drętwienia rąk do bólu,po kilka razy w ciągu nocy.A i
jeszcze dreszcze zimna w nocy,ze szczękanie zębami włacznie,od czasu sprawy z
jajnikiem.Do tego doszło wieczne zmęczenie,niemoc,wypoczynek niczego nie
zmieniał,problemy z zasypianiem,a jak już spałam to mimo to budziłam się z
samopoczuciem jakbym nie spała w ogóle.Następnie sanatorium(XI
2007)-naturalnie,że prywatnie-tam dalej różne zabiegi:prąd,laser,borowina
sauna,masaże.Po miesiącu objawy się trochę zmniejszyły,ale bez tabletek ani
rusz-diclofenac ciągle w menu.I znów masaże,wyciągi szyjne i
tablety.Cierpiałam cała,sztywniał mi już cały kręgosłup,były dni,że nie mogłam
utrzymać szklanki,bo stawy rąk odmawiały posłuszeństwa.Przygotowywałam się do
wizyty u jakiegoś "konkretnego" reumatologa,bo stwierdziłam,że to pewnie
zesztywniające zapalenie stawów.Aż tu nagle zbieg okoliczności,dobrzy ludzie
na drodze z problemem boreliozy,więc się nią zainteresowałam.Czytałam i oczom
nie wierzyłam,przecież to były wszystkie moje objawy i nawet te makabryczne
bóle głowy łapały się pod jedną chorobę!Tylko taki mały szczegół-kleszcza nie
pamiętam,rumienia tym bardziej.Jednak postanowiłam poczytać na temat leczenia
i doszłam do wniosku,że lecząc zesztywniające(lub inne) zapalenie stawów,a
mając boreliozę można sobie nieźle dokopać,a jak już pójdę do tego
reumatologa, to on zacznie mnie leczyć.. Zdecydowałam,że muszę tak dla
pewności(jeszcze wtedy nie miałam pojęcia o czułości i swoistości
testów)boreliozę wykluczyć testem PCR rt.Zrobiłam cały panel
oczywiście.I..niespodzianka-borelioza pozytywny.I wiecie co? Ja się
ucieszyłam-nareszcie nie byłam nienormalna,leniwa,tylko- chora.Tak naprawdę to
jeszcze ciągle przypominają mi się nie wymienione tu objawy,ale przecież końca
by nie było.O tym jak na te wszystkie po kolei dolegliwości reagowali
lekarze,do których przez minione lata pukałam,nie będę pisać,bo wy wszyscy je
znacie,ale ja o to nie mam do nich żalu,bo nie było cienia możliwości
naprowadzić ich na włściwy trop,skoro nawet mi kleszcz przez myśl nie
przeszedł.Pretensje do lekarzy mam teraz,że nie chcą nas zrozumieć,może i
uwierzyć i wziąć się do roboty i leczyć chorobę a nie objawy.Nie mogę
zdzierżyć jak zasłaniają się skutkami ubocznymi antybiotyków,bo niby
przyjmowanie przez lata leków przeciwzapalnych to nie wywołuje skutków
ubocznych?Leczenie rozpoczęłam w XI 2008(lekarz forumowy)Jest bardzo trudno,bo
mój stan był już na prawdę opłakany i nie wiadomo czy koszmarne bóle to
informacja,że leczenie idzie,czy choroba buja się swoim torem.Piszę tak
długo(jeśli istnieje limit długości tekstu to bardzo przepraszam) o większości
dolegliwości i icz natężeniu,bo wiem,że są na tym forum ludzie też tak
cierpiący i jeszcze bardziej,którym nic nie przynosi ulgi w bólu,a ja po pół
roku leczenia w desperacji, bez nadziei zdecydowałam się włączyć do terapii
ozon.Od 7 maja do teraz wziełam 8 kroplówek,wciągu tych dni,jeden dzień to ból
głowy.w poprzednim(6-stym m-cu) leczenia głowa bolała mnie w sumie 15
dni-mówię tu o maksach,przewlekłego,ciągłoego bólu nie liczymy.Ale to nawet
nie połowa miesiąca-trzeba czekać.Oczywiście nie wiem,czy to zasługa ozonu,czy
jakiś kaprys boreliozy,choć jednak stawiałabym na ozon.I nawet jeśli to
miałoby być tylko te kilka minionych dni bez bólu głowy to było warto!Złapałam
oddech do dalszej walki.Dziękuję eter za wątek o ozonie i jeszcze Komuś,że
kazał mi zwrócić na niego uwagę i Pani doktor.
Iza

Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
attenna11 01.09.06, 19:22 Odpowiedz
Moja historia jest bardzo krótka. Mama ma cukrzycę, stara się o
sanatorium,robi
rutynowe badania, lekarzowi nie podba się echo serca, kieruje do
szpitala. Po
24 godzinnym pobycie pod monitoringiem serca , dodatkowo
gastroskopia....bo
mamę coś boli przy przełykaniu wypis z "guzowate zmiany w przełyku
brak dojścia
do żołądka" i wskazania "mierzyc ciśnienie dwa razy dziennie ,
zapisywa w
zeszycie samokontroli".Nic więcej. Prwatna wizyta u gastrologa bo
objawy bólu
przy przełykaniu się nasilają. Badania od gastrologa....Markery ,
RTG,
tomograf.....lekarz pierwszego kontaktu stwierdził , że nie
potrzebnie bo jest
guz ale to sie leczy tabletkami......Badania wychodzą złe. Mama ma
operację.
Otwierają i zaszywają. Zakładają rurkę do żoładka....jest przez nią
karmiona...Wszystko szybko i nagle od połowy lipca. Jest to
nowowtwór
złośliwy...jaki jeszcze nie wiem....czekamy na badanie
histopatologiczne. Nie
było co wycinac, z tego co powiedział lekarz raczej chemia nic nie
zdziała..tylko pogorszy. Powiem wam tylko tyle, że mam olbrzymia
ochotę iśc do
tego lekarza pierwszego kontaktu i poprosic go aby tymi tabletakmi
wyleczył
mają mamę. Mama o tym nie wie, o tym , że to rak , że złośliwy....ja
nie wiem
co dalej nie wiem jak życ nie wiem po prostu nic i bardzo się
boję.Nie smierci
nie opieki boję się zycia , że już nie bedzie takie samo jak było.
jak sobie
poradzic z tą bezsilnością. Jak zyc? Czy jest jeszcze
nadzieja........???
Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
pdragun 18.10.06, 14:01 Odpowiedz
O to historia mojej mamusi która zmarła niecałe 6 miesięcy temu.
Bole reki lewej
tak od łopatki prominiujace do dłoni. Lekarz pierwszego kontaktu
zrobił zdjęcie
zdjęcie barku i nic. mama jest faszerowana lekami przeciwbolowymi,
przeciwzapalnymi ale nie jest lepiej wrecz przeciwnie coraz gorzej.
Bol
uniemozliwia mamusi normalne funkcjonowanie. Mama była odporna n ból
bardzo ale
to zaczyna byc nie do zniesienia. Wkońcu decyzja po 4 miesiącach
tomografia
kregosłupa górenj cześci i szyjnego. Wynik mała przepuklinka na w
odcinku
szyjnym i jakiś wyrostek kostny kóry byc może ucisjkając na spol
nerwowy w braku
powoduje bol. Leki przeciwbolowe i rehabilitacja masaże u znanego
rehabilitanta.
On mówi że juz nie powinno bolec a boli wkońcu wycieczka do
Bydgoszczy bo tam
najlepiej operowac kregosłup szyjny. Pan profesor robi tomografie
oglada przez 2
godziny po czym pada termin operacji 25 grudnia 2005. Wyznaczył
lecznie lekami
przeciwzapalnymi typu ketoanl nawet doszło już do tramalu. Mamusia
bardzo się
meczy bol jest nie dozniesiania dzwonimy i udaje sie przełozyc
operację na 25
pazdziernika( dzień 30 rocznicy slubu moich rodziców). Tata jedzie z
mamą 24
pazdziernika do Bydgoszczy ja nie mogę bo musze zając ise bratem w
domu. am
robią rutynowe badani tuż przed operacją rtg klatki piersiowej
wykazuje guz na
lewym płucu.Operacji nie bedzie. Zaraz biopsja tomograf całego
ciałai niestety
pada diagnoza rak niedrobnokomorkowy płuca lewego naciekajacy splot
barkowy
żebra i tetnice podobojczykowa nieopoeracyjny zaawnasowanie IIIA.
Koszmar
najpierw radioterapia w Bydgoszczy aby zmniejszyc bol tzw palitaywna
duzo
naswietlań morfina coraz wieksze dawki mamusia coraz gorzej to
znosiła. Po 30
answietlaniach czuje sie lepiej nowa siła w nią wstapiła bo nie
odczuwa bolu ma
tak ustawione leki i ta radioterpaia pomogła. Powrót do Warszawy
styczeń 2006
pierwsze chemie. Mamusia przeszła 2 i niby poprawa guza w płucu juz
prawie nie
ma radosć huraaaaa. niestety nie długo po drugiej chemii bole w
lędżwiowej
czesci kregosłupa tomograf i nic niestety pogarszający się stan
mamusia słabła
wymiotowała nie jadła. W ciągu tygodnia zmarła.Okazało się że miała
przerzuty
najprawdopodobniej do kregosłupa i do mózgu. Bol cieprienie mamusia
miała 56 lat
zmarła dokładnie 6 miesięcy od daty diagnozy 27 kwietnia2006 roku a
ile
wczesniej wlaczyła zbolem niewiadomogo pochodzenia około roku.
Koszmar.
Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
magda2123 04.11.06, 17:40 Odpowiedz
W naszym przypadku wszystko zaczęlo się od bólu brzycha i
wymiotów ,pojechaliśmy do szpitala,lekarze stwierdzili że to atak
woreczka
żłciowego . Potem zabieg,mama po operacjii szybko wracała do
zdrowia,wróciła do
domu. Potem rutynowa kontrola,lekarz powiadamia że wyniki
chistopatologignie
nie są dobre. Mama znów trafia do szpitala mimo iż dobrze się czuła.
Kolejna
poeracj wycięto kawałek wątroby i węzły chłonne. I znowu powrót do
domu zaczyna
sie normalne życie .Wszyscy cieszyliśmy sie że najgorsz jest już za
nami i
teraz będzie tylko lepiej. Mama regularnie chodziła na wizyty do
poradni
onkologiczniej, miała wykonywane badani. Za każdym razem kiedy
wracała
czekaliśmy wszyscy zniecierpliwieni.A ona mówiła że wszystko ok.
Minął rok jak mama miała pierwszą operacje,a po nim kolejne miesiące.
I zaczynają się jakieś dziwne bóle, z dnia na dzień coraz mocniejsze.
Jedniak badania są dobre lekarze rozkładają ręce mówią że to napewno
zrosty.
mijają kolejne tygodnie konsultacji. Mama trafia do szpitala z
powodu wyymiotów
i biegunki. I znowu zaczynają się badnia.Które niesą
jednoznaczne,mame wypisują
ze szpitala, amy szukamy pomocy na własną ręke.
Aż trafimy do Warszawy od kliniki onkologicznej na Banacha, i tam
zapada
diagnoza:
GUZ WĄTROBY
Przestrzegam wszystkich nielekceważcie tych najlżejszych objawów
jakiej kolwiek
choroby i jakich kolwiek bóli, bo czasami jest już zapózno żeby się
wyleczyć.
My się niepoddajemy szukamy jakiegoś rozwiązania,leczymy ból który
jest
najgorszy, i żyjemy nadzieją bo to ona umiera ostatnia!!

BYDGOSKIE SZPITALE

W Bydgoszczy znajduje się 9 szpitali, które warto przybliżyć.

*Szpital w o j s k o w y z certyfikatami NATO
Zawiera 530 łóżek, 7 klinik, 13 oddziałów klinicznych, 4 zakłady, 1000
pracowników, w tym 150 lekarzy w większości specjalistów II stopnia, 400
pielęgniarek.
Szpital słynie z fachowego personelu. Dowodem na to są dwie nominacje
profesorskie, 6 habilitacji, 31 doktoratów ponad 200 specjalizacji, a także
kilkaset publikacji w fachowej prasie krajowej i zagranicznej, czynny udział w
naukowych konferencjach krajowych i zagranicznych na całym świecie - od Kanady
po Japonię. Wiele zespołów lekarskich uczestniczyło w szkoleniach
organizowanych w renomowanych ośrodkach zagranicznych. Samodzielni pracownicy
szpitala realizują badania i programy naukowe Wojskowej Akademii Medycznej i
Polskiej Akademii Nauk.
W szpitalu wykonywano pionierskie w regionie zabiegi operacyjne m.in. takie jak
operacje kręgosłupa szyjnego metodą Clowarda, laparoskopowe operacje
chirurgiczne, operacje ortopedyczne u dzieci. Kliniczny Oddział Kardiologiczny
jest uznanym ośrodkiem implantacji rozruszników serca. Dobre, a niekiedy
unikatowe jest wyposażenie w sprzęt diagnostyczny i operacyjny. Silną bronią
szpitala jest diagnostyka radiologiczna z tomografią komputerową i badaniami
naczyniowymi. Diagnostyka neurologiczna podniesiona została do światowego
poziomu dzięki zakupom aparatu do całodobowego zapisu EEG i aparatu do mapingu
mózgu.
Co roku pracownicy szpitala organizują kilka międzynarodowych konferencji z
udziałem najwybitniejszych specjalistów. Odbywają się w Bydgoszczy bądź w
Wojskowym Ośrodku Wypoczynkowym „Żagiel” w Pieczyskach nad Zalewem Koronowskim.

*Centrum O n k o l o g i i wg rankingu najlepszy szpital w kraju
Obejmuje kompleks nowoczesnych budynków mieszczących 9 oddziałów, 15 poradni
specjalistycznych oraz 9 zakładów. Dysponuje 300 łóżkami.
Szpital otrzymał certyfikat jakości na świadczone w nim usługi, stając się
pierwszym szpitalem w regionie kujawsko-pomorskim oraz jedynym ośrodkiem
onkologicznym w kraju posiadającym akredytację. Centrum zatrudnia ponad 700
pracowników, w tym 612 pracowników działalności podstawowej
Pod kierunkiem prof. dr hab. n. med. Romana Makarewicza działa w szpitalu
Komitet Badań Naukowych, zajmujący się prowadzeniem badań naukowych, mających
przyczynić się do wcześniejszego wykrywania, a zarazem poprawienia wyników
leczenia niektórych nowotworów. Aktualnie prowadzonych jest ok. 20 programów
badawczych. W latach 2002 - 2003 opublikowano 39 prac w czasopismach naukowych
krajowych i zagranicznych). Dużym sukcesem jest opublikowanie pracy w "The
Lancet" - najwyżej impaktowanym czasopiśmie klinicznym na świecie (IF=16).

*Szpital U n i w e r s y t e c k i im. Dr.A. Jurasza – jedyny szpital
kliniczny w województwie
Zawiera 811 łóżek, 24 kliniki, 5 zakładów diagnostycznych, 37 poradni, od
połowy lat 90-tych szpital dynamicznie się rozwija, co roku zyskując nowe
kliniki, gmachy, poradnie

*Szpital W o j e w ó d z k i im. dr Jana Biziela – jeden z największych w
regionie
Posiada 810 łóżek, w 1985 r. szpital stał się bazą szkoleniową studentów
Akademii Medycznej w Bydgoszczy, posiada ok. 150 oddziałów, ok. 5 klinik oraz
50 poradni.

*Kujawsko-Pomorskie Centrum P u l m o n o l o g i i , posiadające m.in.
sanatorium w peryferyjnej dzielnicy miasta położonej w borach sosnowych.
Wiodąca placówka w zakresie rozpoznawania i leczenia chorób układu oddechowego
w województwie kujawsko-pomorskim.
Posiada klinikę Collegium Medicum UMK, 10 oddziałów, 7 pracowni i zakładów.
Dysponuje dwoma obiektami: szpitalem przy ul. Seminaryjnej 1 oraz obiektem
Sanatorium przy ul Meysnera 9 w Smukale z 2 oddziałami i zlokalizowanym w
oddzielnym pawilonie oddziałem leczenia gruźlicy płuc.
Szpital prowadzi też profilaktykę zdrowotną oraz promocję zdrowia w ramach
licznych programów we współpracy z Instytutem Gruźlicy i Chorób Płuc w
Warszawie, Centrum Onkologii - Instytutem im. Marii Skłodowskiej-Curie w
Warszawie, Fundacją Oddech Nadziei dla Cierpiących na Schorzenia Płuc i
Oskrzeli. Od 1999r. jest członkiem polskiej i europejskiej Sieci Szpitali
Promujących Zdrowie (Health Promoting Hospitals Networks).

*Wojewódzki Szpital D z i e c i ę c y
Zawiera 6 oddziałów, w tym niektóre jedyne w województwie, oraz 22 poradnie,
położony w parkowym otoczeniu, szczególny nacisk jest położony na stworzenie
dzieciom przytulnej domowej atmosfery, rodzice mogą przebywać z dzieckiem bez
ograniczeń,
mieści się w kilku obiektach, niektóre poradnie przy ul. Gajowej

*Wielospecjalistyczny Szpital M i e j s k i im. dr. E. Warmińskiego
Posiada 11 oddziałów, 20 poradni, szkołę rodzenia, od lat 90-tych wysoko
oceniany pod względem warunków na oddziałach położniczych

*Wojewódzki Szpital O b s e r w a c y j n o – Z a k a ź n y
Jeden z dwóch w województwie, posiada 116 łóżek, 3 oddziały, 8 poradni, zawiera
klinikę Collegium Medicum UMK w Bydgoszczy. W strukturze szpitala znajduje się
Wojewódzka Przychodnia Chorób Zakaźnych

*Dom S u e R y d e r w Bydgoszczy
Dar angielskiej Fundacji Sue Ryder, jeden z 17 ośrodków w kraju, zawiera
Oddział Opieki Paliatywnej, Zespół Paliatywnej Opieki Domowej, Poradnię
Medycyny Paliatywnej, hotel i inne jednostki

*H o s p i c j u m im. ks. J. Popiełuszki przy parafii Świętych Polskich Braci
Męczenników
Zawiera oddział stacjonarny, centrum opieki domowej i opieki dziennej, opiera
się na wolontariacie

Obraz dopełniają: Szpital branżowy MSW (Policji i służb mundurowych), liczne
przychodnie i poradnie wojewódzkie (dermatologiczna, reumatologiczno-
rehabilitacyjna, stomatologiczna, sportowo–lekarska, zdrowia psychicznego,
centrum diabetologii i endokrynologii, ośrodek medycyny pracy i wiele innych).
W Bydgoszczy od 2003 r. funkcjonuje prywatny szpital o profilu zabiegowym
wyspecjalizowany w Chirurgii Plastycznej.

Funkcję medyczną wzmacnia jedyna w regionie uczelnia medyczna – wydzielone i
autonomiczne Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu z
siedzibą w Bydgoszczy (jedna z 10 uczelni medycznych kraju)